Nadmiar jest dobry

Są takie filmy, których nieznajomość może szkodzić. Jednak wśród tych filmów jest pewna perełka. „Salo, czyli 120 dni Sodomy” to film, o którym warto wiedzieć. Różni się od innych jednak tym, że nie trzeba go oglądać – wystarczy się o nim nasłuchać. Chyba, że ktoś jest tak zdeterminowanym widzem jak ja, można spróbować. Ale czy warto, używam tutaj najbardziej adekwatnego wyrażenia, się męczyć? Przecież wszystko, co napisano na jego temat doskonale odzwierciedla to, co można zobaczyć. W ten sposób można poznać produkcję Pasoliniego w sposób przyjazny i bezbolesny. Ja wybrałem bardziej masochistyczną drogę.

„Salo” jest bardzo luźną adaptacją książki „Sto dwadzieścia dni Sodomy, czyli szkoła libertynizmu” Markiza de Sade. Zdarzenia zaprezentowane w filmie mają miejsce w tytułowym miasteczku Salò, gdzie czwórka mężczyzn – książę, biskup, burmistrz i prezydent – sprowadzają grupę nieletnich, których wykorzystują do zaspokajania swoich żądz. Pomimo tego, że film jest – jak już napisałem – luźną adaptacją powieści de Sade, tak naprawdę zawarte w nim zostały wszystkie elementy, które znalazły się w powieści. Nie da się jednak ukryć, że obraz filmowy jest bardzo dosłowny i wszystko staje się kilkakrotnie bardziej wstrząsające i odrażające niż w słowie pisanym. Wyobraźnia zawsze może coś ułagodzić, czy odrzucić, a tutaj Pasolini serwuje widzowi jednoznaczny widok przed którym trudno jest uciec.

Nie jest to produkcja do końca udana, ponieważ gdzieś tam zatraciło się to, co powinno być jak najbardziej wyróżnione. Bo przecież „Salo”, choć obrzydliwe, sadystyczne i wywołujące odruchy wymiotne, nie zostało stworzone tylko po to, by szokować (choć trudno jest mi oceniać motywy kierujące reżyserem). Nie możemy zapominać, że Pasolini był w końcu wybitną postacią – filmowcem i humanistą. Jego ostatnia produkcja ukazuje jedyną właściwą ocenę faszyzmu, a także coś, co powszechnie określa się mianem Zła. Ostatecznie przesłanie to zostało jakby zdegradowane, gdy z ekranu wylewa się ohydztwo, które nie pozwala skupić się na czymś innym, jak tylko zmuszaniu się do dalszego oglądania. Tak naprawdę jest to pozycja dosyć wartościowa, jednak tym samym trudna i podana w naprawdę brzydkim opakowaniu. Jedyne przyjemne doznania, jakich doświadczyłem podczas seansu, to delikatna muzyka skomponowana przez genialnego kompozytora: Ennio Morricone.

Chciałbym napisać, że ta włoska produkcja epatuje antyestetyką. Niestety, nie mogę tego zrobić – Pasolini bardzo się o to postarał. Choć te dantejskie sceny (celowo użyty epitet) przyprawiały o zawrót głowy, to wszystko inne sprawiało niesamowite wrażenie elitarnego ułożenia, elegancji i wyrafinowania. Piękne obrazy, rzeźby, stroje, kojąca muzyka, meble i nierzadko język francuski są tłem tej paskudnej opowieści. Gdzie jest tutaj miejsce na antyestetykę? Nie ma. To doprowadza mnie do frustracji, bo jednak w pewnej scenie jedna z dziewczyn zmuszona zostaje do zjedzenia kału. Przy pięknym stole. A kiedy słyszy się komentarz, że odmawia sobie takiego smakołyku…

Wszystkie te epizody są jednak niczym w porównaniu z tym, co ma się zdarzyć w finale. Wtedy to czwórka mężczyzn da upust swoim perwersjom i ukrywanym pragnieniom. Wtedy też ujawnią swoje prawdziwe oblicze – sadystów podniecających się widokiem przypalanych członków, zjadanych genitaliów, wyrywanych języków, wydłubywanych oczu, zaszywanych w pochwie myszy… Może i Pasolini sympatyzował z komunistami; bardzo prawdopodobne, że to wszystko były jego chore fantazje, ale przez to nakręcił nietypowy obraz, w którym przedstawił jego stosunek do polityki Hitlera i Mussoliniego. To dla niego. Dla współczesnego odbiorcy może to być historia o nadludzkim Złu, o dotykaniu pozbawionego moralności dna, o pragnieniu bycia bogiem samego siebie, o zatrważająco namacalnej degrengoladzie. Prawdziwa to szkoła libertynizmu, z której – mam nadzieję – nikt niczego nie wyniesie. Za taką edukację podziękujemy.

A aktorstwo? Przerażająco autentyczne, mimo występowania samych amatorów. Może to dlatego, że aktorzy dostawali scenariusz na niedługo przed kręceniem scen? Podobny sposób został wykorzystany podczas kręcenia filmu „Wiatr buszujący w jęczmieniu” z bardzo dobrym skutkiem. Może w tym wypadku zadziałał również konspiracyjny charakter kręcenia zdjęć? Nie wiem, ale prawdę powiedziawszy, nie chcę wiedzieć, bo do szczęścia nie jest mi to potrzebne. Wolę nie znać sposobu Pasoliniego, dzięki któremu udało mu się sprawić, że to piekło jest jeszcze bliżej widza.

Dla niektórych może wydać się zaskakujące moje stanowisko wobec tego filmu. Nie chcę go gloryfikować, ale nie będę również potępiał. Produkcja powstała i bardzo dobrze, że tak się stało. Mimo, że nakręcona została ponad trzydzieści lat temu wciąż szokuje i zmusza do dyskusji. Poszczególne sceny budzą w widzach mieszane odczucia, czasem bardzo sprzeczne. Może i należy mi się chłosta, jeśli powiem, że moim zdaniem to jest magia kina – zręczne manipulowanie nastrojem widza, który w tym przypadku czuje się co raz gorzej i gorzej. Nie jest trudno mi zrozumieć, dlaczego wpisał się na stałe do historii kinematografii i dlaczego wciąż jest kontrowersyjny. Bardzo dobrze, że powstał. Nieśmiało, ale jednak powiem, że żałuję, iż nie powstały kolejne części Trylogii Śmierci. Dlaczego tak spokojnie i bez jakichś podniosłych emocji opowiadam o tej produkcji? Mam do niej naprawdę duży dystans.

Arcydzieło? To pojęcie względne. Pod pewnymi względami myślę, że można by było pokusić się o taką etykietkę dla „Salo”. Byłoby to jednak bardzo ryzykowne, bo taki przydomek ociera się niemal o kicz, a w moim mniemaniu o czymś takim w tym przypadku mówić nie można pod żadnym pozorem. Jeśli ktoś ma dylemat czy powinien to oglądać, ja nie widzę przeciwwskazań. Wręcz do tego zachęcam. Trzeba jednak uzbroić się w cierpliwość, żelazne nerwy i umocnić swój żołądek. Później odreagować ze znajomymi na jakimś wypadzie. Zobaczyć nie zaszkodzi, by skonfrontować się z innymi i dołączyć do dyskusji. Bo jest o czym rozmawiać.

(Tytuł wpisu pochodzi od kwestii wypowiadanej przez jednego z bohaterów, twierdzącego:

Wszystkie rzeczy są dobre, gdy brane w nadmiarze.

To zdanie doskonale, moim zdaniem, odzwierciedla charakter tej produkcji.)

SALO, CZYLI 120 DNI SODOMY (1975) (SALÒ O LE 120 GIORNATE DI SODOMA) reżyseria: Pier Paolo Pasolini,  scenariusz: Pier Paolo Pasolini, Pupi Avati, Sergio Citti, muzyka: Ennio Morricone, zdjęcia: Tonino Delli Colli w rolach głównych: Paolo Bonacelli (Książę), Aldo Valletti (Prezydent), Giorgio Cataldi (Biskup), Caterina Boratto (Castelli)

This entry was posted in Kinematografia, Recenzje and tagged , , , , . Bookmark the permalink.

2 Responses to Nadmiar jest dobry

  1. Świetny tekst. Serio:)

  2. Agnes says:

    Świetny, potwierdzę. Aż chce się obejrzeć film, by skonfrontować Twoje wrażenia z własnymi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>