Porozmawiajmy o AIDS

W całej piosence nie pada ani razu słowo AIDS, ale już pierwsze jej dźwięki wystarczą, by wszyscy wiedzieli o czym ona jest. Mówię tutaj oczywiście o nagrodzonym Oscarem utworze Bruce’a Springsteena zatytułowanym „Streets of Philadelphia”, który skomponowany został jako ścieżka dźwiękowa filmu „Filadelfia” Jonathana Demme’a. Dzisiaj jest on jednym z najbardziej rozpoznawalnych utworów muzycznych, a sama produkcja na zawsze wpisała się w historię kina. Ten amerykański obraz nawet po kilkunastu latach od swojej premiery nieustannie zachwyca, wzrusza i prowokuje do dyskusji widzów na całym świecie. Opowiada on historię młodego prawnika, Andrew Becketta (w tej roli Tom Hanks), który odkrywa, że cierpi na nieuleczalną chorobę, jaką jest AIDS. Z jej powodu właśnie zostaje wyrzucony z renomowanej kancelarii prawnej. Wraz ze swoim prawnikiem walczy o sprawiedliwość w mieście prawa – Filadelfii.

„Filadelfia”, wbrew temu, co niektórzy chcieliby uznać za prawdę, nie jest filmem propagandowym, który gloryfikuje mniejszości seksualne. Wcale tak nie jest, wręcz trudno doszukać się w nim takiego akcentu. To przede wszystkim opowieść o cierpieniu i niezrozumieniu. Edukowała ona ówczesne społeczeństwo, które wtedy wiedziało na temat tej wyniszczającej choroby tyle, co nic, a co za tym idzie – panicznie się jej bało. Jonathan Demme zmusił opinię publiczną do refleksji nad jej stosunkiem do osób zarażonych wirusem. Dalej, to kino prawnicze. Kimkolwiek by nie był Beckett, zgodnie z konstytucją – jest równy innym ludziom, a skoro popełnione zostało przestępstwo, sprawiedliwości powinno stać się zadość. Z wypiekami na twarzy obserwujemy proces sądowy i obserwujemy różnorakie nieczyste sztuczki stosowane przez adwokatów, aż chce się zacząć robić notatki. Ostatecznie reżyser piętnuje tylko zasiadających po stronie oskarżonych, nie wydaje nawet wyroku na tych, którzy z obrzydzeniem odsuwają się od chorego człowieka. Nie oskarża Andy’ego o to, że z własnej winy, lekkomyślnie zaraził się AIDS od przypadkowego człowieka. Najlepiej sugeruje to słowami jednego z świadków, który zachorował na AIDS podczas transfuzji krwi:

Jednak nie uważam, żebym różniła się czymś od innych chorych na AIDS. Nie jestem winna, ani niewinna. Po prostu chcę przeżyć.

„Filadelfia” to nie tylko produkcja genialna pod względem warstwy merytorycznej, ale również maksymalnie dopieszczona technicznie. Świadczą o tym liczne liczne nagrody czy nominacje. Najbardziej na wspomnienie zasługuje Tom Hanks ze swoją kreacją wyniszczonego człowieka. Wlał on w swoją postać radość z życia, optymizm i wzruszającą prostotę. Chociaż wyróżnia się na tle reszty ekipy, pozostali nie pozostają daleko w tyle. Denzel Washington zagrał (jak zwykle z resztą) postać pozytywną, walczącą o sprawiedliwość, przeżywającą wewnętrzną zmianę, a Antonio Banderas, na co dzień w filmach uwodzący przepiękne kobiety tym razem przekonująco przedstawił Miguela, partnera głównego bohatera. W tej produkcji dostrzec można także kilka smaczków wizualnych, jak w przypadku ciekawym zabiegiem kolorystycznym podczas wyciskającej łzy sceny odsłuchiwania opery Umberta Giordano – „Andrea Chenier”.

Mamy do czynienia z filmem ważnym, bo po latach przerażająco aktualnym, czyli ponadczasowym. Mimo, że zrobiony w Ameryce, ucieka od etykiety produkowanej w niewyobrażalnym tempie hollywoodzkiej papki. I to jest siła, jaka w nim tkwi.

FILADELFIA (1993)
(PHILADELPHIA)

reżyseria: Jonathan Demme,  scenariusz: Ron Nyswaner, muzyka: Howard Shore, zdjęcia: Tak Fujimoto

w rolach głównych: Tom Hanks (Andrew), Denzel Washington (Joe), Antonio Banderas (Miguel), Jason Robards (Charles)

This entry was posted in Kinematografia, Recenzje and tagged , , , , . Bookmark the permalink.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>