Zdarza się, że jestem niecierpliwy. W związku z oczekiwaniem na przyjazd Anji Plaschg do Polski było tak samo. Nie wiedziałem czy i kiedy to nastąpi. Właśnie dlatego, gdy wśród zapowiadanych występów zobaczyłem jeden mający miejsce w Koszycach, nie wahałem się zbyt długo i czym prędzej zarezerwowałem bilet u organizatora. W końcu marzenia trzeba spełniać, a nie bezczynnie czekać na cud.
Występ austriackiej artystki odbył się w ramach szóstej już edycji słowackiego festiwalu sztuki nowoczesnej – Festiwalu Moonride w Koszycach. Trwał on trzy dni (19-22 października) podczas których widzowie mogli brać udział w koncertach, obejrzeć wiele wystaw i instalacji, prezentacji, spektaklów teatralnych, występów tanecznych, kilka filmów, a także uczestniczyć w spotkaniach autorskich. Moonride prezentuje sztukę całego świata – od krajów słowiańskich po Kanadę. Co roku w programie festiwalu odnaleźć można wielu artystów pochodzących także i z Polski.
Koncert Soap&Skin został zaplanowany na 21 października, godzina 20 w Kinie Slovan. Oczywiście, kompletnie nie wiedziałem jak tam dotrzeć. Zostałem mile zaskoczony sprawnością działania Biura Informacji Turystycznej. Po krótkiej konwersacji przeprowadzonej w języku angielskim1 pani poinstruowała mnie jak dojść do celu. Nie było to takie trudne – wejście do Kina Slovan znajduje się przy pięknym deptaku na ulicy Hlavnej. Kiedy zbliżał się czas koncertu postanowiłem odebrać swój bilet. W przedsionku teatru znajdowała się prowizoryczna kasa. Wystarczyło, że podałem swoje nazwisko, a pan Dominik uśmiechnął się i spytał: „Aah, you are from Poland, aren’t you?”. Spostrzegłem wtedy, że koncert będzie bardzo kameralny, przez co jeszcze bardziej nie mogłem się go doczekać. A wejść jeszcze nie można było. Rozejrzałem się więc po hallu. Z jednej strony panie sprzedawały koszulki i torby z materiału promujące Festiwal Moonride, z drugiej – mężczyzna niemówiący po słowacku rozprowadzał płyty, pocztówki i plakaty z Soap&Skin (ceny w euro, raczej mało opłacalne w przeliczeniu na złotówki).
Zebrało się już wystarczająco dużo ludzi, więc na kilkanaście minut przed rozpoczęciem koncertu zostaliśmy wpuszczeni na salę teatru. Okazało się, że jest to niezwykle piękne i klimatyczne pomieszczenie. Powstało ono w 1927, a pod koniec ubiegłego wieku zostało odnowione. Dzisiaj pełni funkcję zabytku, w którym mają miejsce różnorakie wydarzenia kulturalne. Chętnie zamieściłbym jakieś zdjęcie, ale na moje nieszczęście nie mam syndromu Japończyka, rzadko kiedy fotografuję cokolwiek, a w Internecie trudno jest znaleźć coś odpowiedniego.
Koncert się rozpoczął, Anja Plaschg została przywitana gromkimi brawami. Podeszła do mikrofonu i zaczęła śpiewać. Zainteresowani wiedzą, jak Anja śpiewa. Śpiewa tak, że porusza serca do głębi. Swoim głosem świdruje człowieka na wylot, doprowadza do płaczu i wyciąga na wierzch uczucia, które za wszelką cenę staramy się ukryć. Plaschg grała również na fortepianie przy akompaniamencie charakterystycznej muzyki elektronicznej. Niezwykle dobrze zapadło mi w pamięć wykonanie utworu „Meltdown”, który jest coverem kompozycji Clinta Mansella pochodzącej z filmu „Requiem dla snu”. Anja zagrała go obłędnie, w sposób, którego jeszcze nie widziałem podczas przeglądania różnorakich nagrań krążących w sieci: energicznie, bardzo ekspresyjnie. Pewna omyłka podczas próby zaśpiewania „Fall Foliage” upewniła słuchaczy, że to nie playback. Anja po chwili przerwy zaczęła raz jeszcze – tym razem już bezbłędnie. Chyba największe owacje otrzymała za swój sztandarowy „Marche Funèbre”. Nie zabrakło również utworów, które pojawią się dopiero na nowym EP artystki. Trudno się było otrząsnąć po jej dość depresyjnej wizji piosenki „Voyage, voyage”… Cóż, strona techniczna nie pozostawała w tyle. Nie mogę ponarzekać na nagłośnienie. Głośna i tak muzyka nie zagłuszała głosu wokalistki (choć miałbym wątpliwości, czy to zasługa tego nagłośnienia, czy raczej siły, jaka w jej głosie tkwi). W odpowiedni klimat wprowadziły nas niezwykle magiczne efekty świetlne. W powietrzu unosił się dym.
Faktycznie, koncert ten należał do tych z kategorii kameralnych. Po pewnym czasie rozpoznawałem twarze wszystkich osób zgromadzonych. Było warto, bo zgromadzili się tam ludzie naprawdę interesujący, wyrażający własny styl i podejście do sztuki. To tylko taka mała dygresja. Anja ubrana była w jednoczęściowy przewiązany czarnym paskiem czarny kostium, spod którego widać było półprzezroczystą (lecz również czarną) bluzkę. Zwróciłem uwagę na jej naszyjnik kształtem przypominający małe koło zębate. Z resztą, co ja się będę wysilał – w Budapeszcie była ubrana tak samo.
Koncert się zakończył, niektórzy – tak jak ja – nie byli przez moment w stanie klaskać. Nie byli w stanie zrobić niczego sensownego. Wciąż w transie, do głębi poruszeni tym, co widzieli i słyszeli. Dlatego relacja ta jest trochę zdawkowa i lakoniczna. Trudno jest mi pisać o czymś, co wzbudziło we mnie tak ogromne emocje. O czym myślałem, co było dla mnie ważne – pozostawiam dla siebie. Kiedy w końcu się otrząsnąłem, dołączyłem do reszty – przekazujących owacje na stojąco. Wiele osób jeszcze przez długi czas nie opuszczało sali mając nadzieję, na ponowne pojawienie się jej na scenie. Co chwilę ktoś nowy rozpoczynał kolejną serię oklasków, aż w końcu – tak! Anja wychyliła się na chwilę zza kurtyny, co wywołało następną burzę. Niestety, nie zagrała już. To wystarczyło.
Kilka dni później na facebookowym fanpage’u Soap&Skin pojawił się status:
experienced the most nightmarish déjà vu of my nightmares in budapest. apologies won’t make it undone. miraculously awaked in Košice. got blue hands, a surreal letter, a neck-chopped fowl. heart beats east
opatrzony komentarzem:
the east is the best
Jeżeli ktoś się waha, czy warto – odpowiadam: tak! Jeżeli ktoś nie był pewien, czy powinien wydać oszczędności na koncert – odpowiadam: warto! Człowiek czuje się po takim wydarzeniu bogatszy o pewne doświadczenie. Sam z tego wydarzenia czerpałem inspirację do tworzenia jeszcze przez długi okres czasu. To niezapomniane przeżycie. Tylko jest jeden minus – słuchanie piosenek z płyty to już jednak nie to samo. Pozostają tylko te mocne wspomnienia. Osobiście chętnie wybiorę się jeszcze nie raz. Jestem pewien, że każdy jej koncert jest inny (to się czuje).
A Koszyce to naprawdę piękne miasto – polecam odwiedzenie. Trochę przypomina Kraków, choć czuje się ten słowacki nastrój.
- Jak się później okazało, z BIT porozumieć się można również w języku polskim. ↩