Bez bicia przyznaję się i ze skruchą wyznaję, co robiłem w nocy z niedzieli na poniedziałek. Nie, nie spałem, choć takie były moje pierwotne zamiary. Nie zmrużyłem oka przez większość czasu – do snu ułożyłem się dopiero wpół do szóstej, by o siódmej obudzić się i pozbawiony życia wyruszyć do szkoły. W tym roku postanowiłem, tak samo jak w zeszłym i dwa lata temu, wraz z całym światem oglądać na żywo galę rozdania ponoć najbardziej prestiżowych nagród filmowych – Oscarów. Ponoć, bo tego zdania nie podzielam. Oglądałem, bo to takie małe święto kina, które według mnie warto przeżyć.
Powiem szczerze – podczas wyboru filmu lubię kierować się otrzymanymi przez obraz nagrodami. Jednak Nagroda Amerykańskiej Akademii Filmowej nigdy nie była dla mnie wyznacznikiem jakości. Nigdy nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego właśnie ta statuetka ma miano najbardziej prestiżowej, a rozdanie tych nagród to najgłośniejsza impreza filmowa na świecie. Twórcy z całego świata wzdychają do złotego wujka Oscara, który przysporzyłby im sławy, globalnego rozgłosu i ogromnej ilości pieniędzy. Nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego wyróżnienia, których celem jest nagrodzenie kina amerykańskiego stały się obiektem westchnień twórców filmowych spoza Stanów Zjednoczonych. Z roku na rok Akademia udowadnia nam, że Oscary wcale nie są nagrodą, która wskazuje nam – o, to jest naprawdę dobry film! To przede wszystkim ogromne show, zaplanowane i wyreżyserowane [sic!] nawet w najmniejszym szczególe, na którym producenci rokrocznie zbijają tak zwane kokosy. Właśnie tak traktuję te nagrody – świetne przedstawienie, które czasem zaskakuje swoją formą. Oglądanie ich rozdania traktuję jako pewnego rodzaju tradycję. Nie oburzam się przy kiepskich wyborach, choć zdarza mi się krzyknąć z radości, gdy nagradzany jest ktoś, kogo wyróżnienia się oczekuje (jak w tym roku – wyróżnienie dla Meryl Streep).
W tym roku byłem kompletnie nieprzygotowany, by dokonać świadomego i sprawiedliwego wyboru spośród prezentowanych filmów. Znane mi nominowane obrazy to „W ciemności”, „O północy w Paryżu”, „Harry Potter i Insygnia Śmierci” oraz „Pina”. Dlatego też kierowałem się raczej sympatią do poszczególnych twórców i patrzyłem na nich przez pryzmat nie tegorocznych, ale ogólnych dokonań. Nagłówki krzyczą – bez niespodzianek! Ja mówię – nie oczekiwałem niczego, więc miałem same niespodzianki. Czytanie artykułów, obstawianie wygranych, dywagacje nad szansami poszczególnych produkcji i gustem członków Akademii – te wszystkie elementy burzą ostateczne wrażenie. Dlaczego miałbym coś takiego oglądać, skoro kilka miesięcy wcześniej wiem, kto jest faworytem? Z tego powodu ostrożnie czytałem wszelakie informacje dotyczące tegorocznych nominowanych i nie zawiodłem się – był mały dreszczyk emocji. Do ostatniej chwili miałem nadzieję, że może Polska zostanie wyróżniona (choć uważam, że film Agnieszki Holland nie zasłużył na TAKĄ nagrodę), choć wszyscy wiedzieli, że irańskie „Rozstanie” to zdecydowany faworyt. Ludzie się naczytają takich rzeczy, a potem narzekają. Ech, nie było niespodzianek…
Miło było na czerwonym dywanie zobaczyć Dolores Hart. Co prawda nie w objęciach Elvisa Presleya, ale w roli benedyktyńskiej zakonnicy, o której nakręcono jeden z nominowanych dokumentów krótkometrażowych („God is the Bigger Elvis”). Dziwnie było dowiedzieć się, że polską przedstawicielką na oscarowej gali była Kinga Rusin, która w ostatnich dniach starała wypromować swoją osobę na wielką znawczynię kina. Zabawne, że autorka takiego bestselleru jak Co z tym życiem? okazała się naprawdę wszechstronną osobą. Dobrze było zobaczyć Billy’ego Crystala w roli prowadzącego, co zapewniło humor dość wysokich lotów przez niemal całą noc.
Oscar to nagroda prestiżowa, najważniejsza, rozdmuchana, która dla mnie nie ma najmniejszego znaczenia. Traktuję jego rozdanie raczej jako dobrą rozrywkę i upewnienie się, że kolebka sztuki filmowej traktuje ją jako maszynkę do robienia pieniędzy. Pooglądam sobie w nocy po to, by filmy do obejrzenia dobierać według całkiem innych statuetek. Z festiwali europejskich, o głowę mniej prestiżowych.
od marca lunatyk lekko zmieni swoją formę. powyższy tekst jest swoistym pożegnaniem z formą dotychczasowego bloga.
