<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Lunatyk</title>
	<atom:link href="http://www.lunatyk.net/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.lunatyk.net</link>
	<description>o kulturze pod osłoną nocy, gdy somnambulicy wychodzą na łowy</description>
	<lastBuildDate>Wed, 08 Feb 2012 17:14:31 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.3.1</generator>
		<item>
		<title>Sztuka. Twardy orzech</title>
		<link>http://www.lunatyk.net/2012/01/sztuka-twardy-orzech/</link>
		<comments>http://www.lunatyk.net/2012/01/sztuka-twardy-orzech/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 02 Jan 2012 18:15:33 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Franciszek Drąg</dc:creator>
				<category><![CDATA[Sztuka]]></category>
		<category><![CDATA[avant-garde]]></category>
		<category><![CDATA[gust]]></category>
		<category><![CDATA[kino]]></category>
		<category><![CDATA[kultura]]></category>
		<category><![CDATA[literatura]]></category>
		<category><![CDATA[muzyka]]></category>
		<category><![CDATA[niezależność]]></category>
		<category><![CDATA[sztuka]]></category>
		<category><![CDATA[teatr]]></category>
		<category><![CDATA[tekst eksperymentalny]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.lunatyk.net/?p=342</guid>
		<description><![CDATA[Słów kilka o gustach, sztuce oraz o tym jak ją pojmować należy, czy można o niej dyskutować i do czego to może prowadzić. Subiektywnie, bo inaczej nie można. <a href="http://www.lunatyk.net/2012/01/sztuka-twardy-orzech/">Continue reading <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Nie widzieliśmy się od dłuższego czasu, bo dzielą nas kilometry. Przyjechałem, więc należy zorganizować spotkanie i gdzieś się wybrać. Co powiem na łódzkie Muzeum Sztuki? W sumie, dlaczego nie. Choć nie powiem, przyjąłem tę propozycję z zaskoczeniem. Rzadko się przecież zdarza, by dziadek proponował wnukowi wypad do miejsca w którym prezentowane są dzieła sztuki modernizmu i światowej awangardy. Dość szybko się okazało, że dziadek tak naprawdę nie wiedział, co nas czeka na miejscu. A czekało wiele niespodzianek. Tematy ekspozycji były naprawdę różnorodne: ciało i proteza, wzrok a obraz, fantazmaty i fetysze.  Nie byłem zaskoczony, gdy po wyjściu z muzeum usłyszałem opinię, że najwyraźniej zbliża się rychły koniec sztuki. Czy jednak nie miał on nastąpić już dawno temu, po słynnym &#8222;Kwadracie na białym tle&#8221;?<strong><span id="more-342"></span></strong></p>
<p style="text-align: justify;">Opisana wyżej sytuacja okazała się dla mnie wstępem do rozważań na temat roli sztuki w życiu człowieka oraz różnorakich sposobów postrzegania jej. Dla każdego jest ona czymś innym. Ktoś będzie upierał się przy arystotelesowskiej jej koncepcji, ktoś inny powoła się na sposób prezentowania dzieł sztuki przez znanych dadaistów, jeszcze ktoś inny odwoła się do tego, co miał do powiedzenia o sztuce dla sztuki Przybyszewski w swoim manifeście &#8222;Confiteor&#8221;, a wszystkie głosy i tak stłumi okrzyk zwolennika suprematyzmu, który twierdzić będzie, iż sztuka zaczyna się tam, gdzie kończy rzeczywistość. Poszukajmy więc, co ma do powiedzenia na ten temat słownik języka polskiego. Ma do powiedzenia niewiele, bo według najbardziej rozpowszechnionej definicji, sztuka to nic innego, jak <em>twórczość artystyczna człowieka.</em> No to jesteśmy w kropce, nieprawdaż? Okazuje się, że sztuka nie ma jednolitej definicji, zresztą podobnie jak teatr i performans<sup class='footnote'><a href='#fn-342-1' id='fnref-342-1'>1</a></sup>. W sumie to dobrze, bo przecież z doświadczenia wiemy, że sztuka nie powinna znać ograniczeń.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Porozmawiajmy o guście</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Zacznijmy od przypomnienia sobie pewnego powiedzenia, które stało się frazą ucinającą wszelkie próby podjęcia rozmowy na, powiedzmy sobie szczerze, tematy będące nieodłączną częścią życia współczesnego człowieka. Chodzi mi oczywiście o kultowe stwierdzenie: <em>o gustach się nie dyskutuje </em>idące łeb w łeb z <em>są gusta i guściki</em>. Ile razy to usłyszeliście, a ile razy padło to z waszych ust? Nie da się tego policzyć, to tak popularny zwrot, że nie zasługuje nawet na uwagę. Ja uważam przeciwnie. Oczywiście, zgadzam się, że są gusta takie i owakie. A. doznaje niesamowitych doznań, gdy wciśnie play i odsłucha długo oczekiwaną, nową piosenkę autorstwa Lady Gagi, a B. może sobie zapewnić podobne uczucia tylko wtedy, kiedy w głowie dźwięczy mu któryś z nokturnów Chopina, i to najlepiej w jakimś wirtuozyjnym  wykonaniu. C. będzie przeżywać każdą scenę filmu &#8222;Siódma pieczęć&#8221;, podczas gdy D. uważa &#8222;Salę samobójców&#8221; za najlepszy film, jaki kiedykolwiek powstał. Dalej &#8211; E. będzie oczekiwał osiągnięcia katharsis podczas oglądania sztuki &#8222;Prometeusz skowany&#8221; Ajschylosa, podczas gdy F. woli umierać ze śmiechu na którejś z fredrowskich komedii. Wszyscy oni mają święte prawo do własnej opinii, wyrażania jej na głos, a żaden z nich nie powinien nigdy paść ofiarą głupich żartów ze strony zawsze wiedzącej lepiej i mającej odmienne zdanie. Bo nie wątpię, że niejednokrotnie ktoś został obśmiany, bo lubi to, a nie tamto, a przecież wiadomo, że to i obciach, i wstyd, i w ogóle klęska.</p>
<p style="text-align: justify;">Każdy człowiek ma swoją indywidualną naturę, osobowość, usposobienie. Odróżniają one go od innych; sprawiają, że może poczuć się jak jednostka. To, co do jednych naprawdę trafia, innych &#8211; delikatnie mówiąc &#8211; odrzuca. W zależności od naszej wrażliwości, możemy pojmować różne rzeczy całkiem inaczej. Nie jest możliwe ocenienie dzieła sztuki przez pryzmat obiektywizmu. W każdej opinii znajduje się choć krztyna subiektywnego toku myślenia. Chyba, że ktoś nie jest w stanie myśleć samodzielnie i nie potrafi samodzielnie poddać analizie tego, co odbiera przez zmysły &#8211; wtedy buduje swoją opinię na podstawie zdań innych ludzi. Wtedy natomiast jest to komentarz pozornie obiektywny, bo tak naprawdę wpływ mają na niego liczne, stronnicze, źródła zewnętrzne. To, że ktoś rozpływa się nad &#8222;Damą z łasiczką&#8221; Da Vinci nie oznacza, że wszyscy będą chcieli powiesić sobie jej reprodukcję na ścianie w pokoju. Co dopiero &#8222;Stworzenie świata&#8221; Witkacego, w którym ktoś zobaczy odzwierciedlenie odwiecznej walki Dobra ze Złem, a tymczasem Jan Kowalski stwierdzi, że to bohomaz wykonany przez głupiego ćpuna, który przyprawia go o zawroty głowy z powodu ogromnego przepychu i nadmiaru wszystkiego. Tak jak ktoś nazwał &#8222;Bitwę pod Grunwaldem&#8221; Matejki najdroższym pstrokatym dywanem, tak ja mogę napisać, że &#8222;Fontanna&#8221; Duchampa to kpina i zamach na sztuce.</p>
<p style="text-align: justify;">Mimo to nie zgadzam się z tym, że nie powinno się prowadzić dyskusji o gustach. Sam jestem często prowodyrem takich rozmów, ale nie oczekuję podczas nich kompromisu, konsensusu, czy tego, że delikwent zakocha się w smęceniu Anji Plaschg czy wyciu Björk. Rozmowa nie ma służyć tylko zwycięstwu jednej ze stron, ale poznawaniu opinii drugiej. Broń boże, nie zmuszać kogoś do przyjęcia własnych racji, czy narzucania innym swoich upodobań. Rozmawiać trzeba i uczyć się, że każdy ma swoją prawdę i trzeba to akceptować. To w pewnym sensie nietypowa lekcja tolerancji. Rozmowa o guście.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Kiedy sztuka się kończy</strong></p>
<p style="text-align: justify;">Zawszy, gdy przychodzi do próby rozdziału prawdziwej sztuki od czegoś, co ją tylko udaje, lub kompletnie nią nie jest, pojawia się przeszkoda. Skoro nie mamy definicji, jak więc oddzielić Sztukę od kiczu? Przed chwilą pisałem o gustach, ale nie można się opierać tylko na nich. Wybaczcie, ale nie wszystko złoto, co się świeci. Nie wmówi mi nikt, że umysł szczytuje, gdy słucha się hitów tanecznych, telewizji muzycznych, czyta harlekiny i ogląda filmy sensacyjne z Bruce&#8217;em Willisem. To czysta komercja. Ona nawet nie stara się wejść w ramy sztuki &#8211; ostatecznie to nie kicz. Tym pojęciem nazwijmy tutaj coś, co stara się o miano dzieła wykonanego w zamyśle artyzmu. Wtedy należy sobie zadać pytania: czy to już było? Czy nie mamy wrażenia, że to się tutaj powtarza, my to już widzieliśmy, to tu, to tam? Na pewno darujemy sobie takie rozmyślania, gdy coś pozostawia nas obojętnym, nie wzbudza żadnych uczuć. Nic nie czujemy, ani oburzenia, ani niezrozumienia; przechodzimy obok &#8222;dzieła&#8221; tak, jakby go nie było. Zero, null, oh. A może podoba nam się, zatrzymuje nas, ale za to zastanawia fakt przesadnej łatwości w odbiorze? Nie trzeba się nad niczym zastanawiać, nie ma potrzeby refleksji, wszystko jest podane na tacy, umysł nie doznaje wysiłku&#8230; Podobnie to wygląda, gdy autor na siłę stara się nam uświadomić jedyną właściwą interpretację<sup class='footnote'><a href='#fn-342-2' id='fnref-342-2'>2</a></sup> lub wmówić, że jest artystą, a nie byle jakim popowym piosenkarzem (nie będę rzucać nazwiskami, bo może okazać się to ryzykowne). Niektórzy tak zwani artyści stwierdzą, że dzieło sztuki nie musi być estetyczne, z czym się zgadzam, zawsze może obrzydzać, zniechęcać, być po prostu BRZYDKIE. Tylko, że ci &#8222;niektórzy&#8221; nierzadko przesadzają. Brzydota dla brzydoty nie jestem dobrym rozwiązaniem, bo co nam po zamartwianiu oczu jakimś niezbyt przyjaznym widokiem, gdy niczego on za sobą nie niesie. Jeszcze jedna sprawa, najtrudniejsza &#8211; przerysowanie. Niektórzy nie mają wyczucia, zamysłu artystycznego i przerysowują wszystko nazywając to swoim <em>opus magnum</em>, a to raz-dwa staje się kiczem. Problem pojawia się, gdy nazbyt wyraźna karykatura zostaje wykorzystana celowo. Przykładu nie trzeba długo szukać, na wyciągnięcie ręki pojawia się pop-art, którego mistrzem był Warhol. Jego prace, i prace współczesne z tego gatunku, nieustannie ocierały się o kiczowatość. Jednak, no proszę was, czy nie widać, że jest to działanie celowe? On był naprawdę mistrzem, bo choć jego prace do mnie nijak nie przemawiają, to widzę, że on powielał samego siebie i najwyraźniej dobrze się tym bawił. Także obecnie są fotografowie, którzy robią zdjęcia podchodzące pod sztukę. Lachapelle, na przykład? Tutaj widzimy coś nowego. Zebrać jego prace i wystawić w galerii sztuki? To pomysł bez sensu, brak w nim jakiegokolwiek pomyślunku: jego fenomen polega na odpowiednie dobranym kontekście. Co za tym idzie, prace Lachapelle&#8217;a nie są uniwersalne, zyskują na wartości tylko wtedy, gdy znajdują się w miejscu odpowiednio dobranym, bez tego &#8211; po prostu kicz; w adekwatnym środowisku &#8211; po prostu sztuka.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Chcę zrozumieć, jak pojmują ludzie</strong></p>
<p style="text-align: justify;"><strong></strong>Można się zastanawiać na czym polega różnica w odbiorze świata przez różnych ludzi. Oprócz charakteru, usposobienia, upodobań i wrażliwości należy zwrócić uwagę na jeszcze inne elementy. Myślę, że największą rolę odgrywa tutaj życiowy bagaż, doświadczenie wyniesione z życia, warunki dorastania, zdarzenia z życia, etc. Magią sztuki ma być to, że przywołuje skojarzenia i zastanawia. Kto z nas nie bawił się kiedyś w skojarzenia? Jeżeli wystarczająco dobrze opanowało się tę grę (nie mówię o zabawie typu drzewo-las), zauważyć da się, że każdy ma czasem skojarzenia całkowicie zaskakujące, powiązane z czymś, na pozór bez sensu, o czym wie najlepiej osoba kojarząca. Jeżeli więc obraz, powieść, film czy piosenka ma wywoływać reakcje umysłu polegające na kojarzeniu pewnych faktów i dopasowywania ich, co ma decydujący wpływ na właściwy odbiór, nie powinniśmy być zaskoczeni, że niektórzy podchodzą do tego bardzo emocjonalnie, a inni wykazują się niejaką neutralnością. Dlatego można zauważyć zmianę pewnych upodobań pod wpływem czasu. Coś, co zawsze nas odpychało swoją drobnostkowością okazuje się nagle piękną metaforą utraconej miłości, a coś, co kiedyś budziło w nas młodzieńcze pragnienia i fantazje, zważywszy na to, co widzieliśmy podczas wojny, teraz okazuje się zakłamanym obrazem rzeczywistości.</p>
<p style="text-align: justify;">Odwołam się do najlepiej znanego mi przykładu, wolę nie brnąć w nieznane mi jeszcze zakamarki sztuki. Sięgnijmy po poezję Tadeusza Różewicza. Jego poezja jest naznaczona tym, co przeżył podczas II Wojny Światowej. Niejednokrotnie w swej twórczości kontrastuje swoją młodość z życiem po wojnie. Demaskuje tamte, dawne wspomnienia, żyje tragicznymi przeżyciami, które nigdy nie opuszczą go w koszmarach sennych i wspomnieniach na jawie. Jego skojarzenia już zawsze będą jednorodne i monotematyczne, czemu wyraz daje w formie swoich wierszy: nieuporządkowana, rozsypana rzeczywistość, która nigdy już nie będzie piękna i cała. Aż chce się wtedy go sparafrazować i zapytać &#8211; czy jest możliwa poezja po nieszczęściach, jakie nas spotykają?</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Sztuka, dla życia</strong></p>
<p style="text-align: justify;"><strong></strong>Kiedy zacząłem pisać ten tekst, miejsce miało warte uwagi, aczkolwiek nieprzyjemne zdarzenie. W Łodzi, mieście, z którym jestem emocjonalnie związany, został zatwierdzony noworoczny budżet. Szybko się okazało, że zostały zaplanowane pewne cięcia, które najmocniej uderzały w wydział kultury<sup class='footnote'><a href='#fn-342-3' id='fnref-342-3'>3</a></sup>. Wtedy też zacząłem się poważnie zastanawiać, czy to możliwe, że kultura i sztuka zaczyna we współczesnym świecie odgrywać coraz mniejsze znaczenie? Jak inaczej wytłumaczyć liczne uderzenia właśnie w ten sektor ludzkiej działalności? Nie tylko w Łodzi, bo to tendencja dość ostatnimi czasy popularna. Tymczasem doskonale byłoby tutaj &#8211; znów &#8211; sparafrazować popularną myśl prototypu Fausta, wedle której <em>sztuka uspokaja umysł, ułatwia wzlot myśli, a gdy trzeba &#8211; pobudza do walki</em>. To świat alternatywny, język, którym posługiwać się potrafi każdy człowiek, dziedzina najlepiej oddziaływająca na nasze postrzeganie świata. Moim zdaniem, to element ważny w poprawnym rozwoju ludzkiej świadomości. Jak jest naprawdę, pozostawiam do indywidualnych rozważań.</p>
<p style="text-align: justify;">Mając na uwadze zawód mojego dziadka tym, co zobaczył, będę musiał baczniej zważać na dobór towarzyszy w takie miejsca. Dyskusja dyskusją, ale jednak najprzyjemniej jest napawać się sztuką wtedy, gdy jesteśmy rozumiani przez kogoś. Tym samym życzę wszystkim, by taka osoba gdzieś tam zawsze była i dzieliła się z nami swoimi przeżyciami, tak podobnymi, a tak różnymi od siebie.</p>
<p style="text-align: justify;">[By nie być gołosłownym: po kilkakrotnym przeczytaniu tego tekstu mam wątpliwości co do mojego obiektywizmu. Dla lepszego odbioru proponuję dobrać podawane przykłady wedle własnego uznania, by nie było rozczarowań i pretensji do - bądź co bądź - czasem niepopularnych upodobań autora.</p>
<p style="text-align: justify;">Gwoli ścisłości, wpis ten opatrzony jest zdjęciem pracy Władysława Strzemińskiego zatytułowanej "Kompozycja Unistyczna", która to należy do zbiorów muzeum sztuki kwadrat.]</p>
<div class='footnotes'>
<div class='footnotedivider'></div>
<ol>
<li id='fn-342-1'>W tym przypadku, w przypadku performansu, pojawiają się nowe głosy i próby usystematyzowania pojęcia. Odwołuję do książki &#8222;Performans&#8221; autorstwa Jacka Wachowskiego, który przeciwstawia się w niej teorii Marvina Carlsona. Twierdził on, że performans sam w sobie opiera się zdefiniowaniu <span class='footnotereverse'><a href='#fnref-342-1'>&#8617;</a></span></li>
<li id='fn-342-2'>Takie zdarzenie miało miejsce niedługo po premierze filmu &#8222;Wyspa tajemnic&#8221;, gdy zachwyceni kinomani interpretowali film na różne sposoby, a wtedy wystąpił publicznie autor powieści, Dennis Lehane, i przedstawił <em>jedyne możliwe pole do rozumienia utworu</em>. <span class='footnotereverse'><a href='#fnref-342-2'>&#8617;</a></span></li>
<li id='fn-342-3'>Najbardziej szczegółowo: oberwał Teatr Nowy im. Kazimierza Dejmka. Więcej informacji na ten temat można znaleźć na stronie Dziennika Łódzkiego pod <a title="Wyborcze cięcia budżetów, Dziennik Łódzki" href="http://www.dzienniklodzki.pl/artykul/488208,wybiorcze-ciecia-budzetow,id,t.html?cookie=1">tym odnośnikiem</a> <span class='footnotereverse'><a href='#fnref-342-3'>&#8617;</a></span></li>
</ol>
</div>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.lunatyk.net/2012/01/sztuka-twardy-orzech/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Soap&amp;Skin na wschodzie &#8211; Koszyce</title>
		<link>http://www.lunatyk.net/2011/10/soapskin-na-wschodzie-koszyce/</link>
		<comments>http://www.lunatyk.net/2011/10/soapskin-na-wschodzie-koszyce/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 29 Oct 2011 17:38:11 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Franciszek Drąg</dc:creator>
				<category><![CDATA[Muzyka]]></category>
		<category><![CDATA[koncert]]></category>
		<category><![CDATA[Moonride]]></category>
		<category><![CDATA[muzyka]]></category>
		<category><![CDATA[muzyka eksperymentalna]]></category>
		<category><![CDATA[Soap&Skin]]></category>
		<category><![CDATA[sztuka]]></category>
		<category><![CDATA[Słowacja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.lunatyk.net/?p=309</guid>
		<description><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Niezwykły koncert Soap&#038;Skin w Koszycach, na który pojechałem ze względu na niecierpliwość i niepewność. Bo skąd mam wiedzieć, czy artystka w ogóle pojawi się jeszcze w Polsce? No nie mam. Trzeba korzystać z szansy, skoro ją dostałem.</p> <a href="http://www.lunatyk.net/2011/10/soapskin-na-wschodzie-koszyce/">Continue reading <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Zdarza się, że jestem niecierpliwy. W związku z oczekiwaniem na przyjazd Anji Plaschg do Polski było tak samo. Nie wiedziałem czy i kiedy to nastąpi. Właśnie dlatego, gdy wśród zapowiadanych występów zobaczyłem jeden mający miejsce w Koszycach, nie wahałem się zbyt długo i czym prędzej zarezerwowałem bilet u organizatora. W końcu marzenia trzeba spełniać, a nie bezczynnie czekać na cud.<span id="more-309"></span></p>
<p>Występ austriackiej artystki odbył się w ramach szóstej już edycji słowackiego festiwalu sztuki nowoczesnej &#8211; Festiwalu Moonride w Koszycach. Trwał on trzy dni (19-22 października) podczas których widzowie mogli brać udział w koncertach, obejrzeć wiele wystaw i instalacji, prezentacji, spektaklów teatralnych, występów tanecznych, kilka filmów, a także uczestniczyć w spotkaniach autorskich. Moonride prezentuje sztukę całego świata &#8211; od krajów słowiańskich po Kanadę. Co roku w programie festiwalu odnaleźć można wielu artystów pochodzących także i z Polski.</p>
<p style="text-align: justify;">Koncert Soap&amp;Skin został zaplanowany na 21 października, godzina 20 w Kinie Slovan. Oczywiście, kompletnie nie wiedziałem jak tam dotrzeć. Zostałem mile zaskoczony sprawnością działania Biura Informacji Turystycznej. Po krótkiej konwersacji przeprowadzonej w języku angielskim<sup class='footnote'><a href='#fn-309-1' id='fnref-309-1'>1</a></sup> pani poinstruowała mnie jak dojść do celu. Nie było to takie trudne &#8211; wejście do Kina Slovan znajduje się przy pięknym deptaku na ulicy Hlavnej. Kiedy zbliżał się czas koncertu postanowiłem odebrać swój bilet. W przedsionku teatru znajdowała się prowizoryczna kasa. Wystarczyło, że podałem swoje nazwisko, a pan Dominik uśmiechnął się i spytał: &#8222;Aah, you are from Poland, aren&#8217;t you?&#8221;. Spostrzegłem wtedy, że koncert będzie bardzo kameralny, przez co jeszcze bardziej nie mogłem się go doczekać. A wejść jeszcze nie można było. Rozejrzałem się więc po hallu. Z jednej strony panie sprzedawały koszulki i torby z materiału promujące Festiwal Moonride, z drugiej &#8211; mężczyzna niemówiący po słowacku rozprowadzał płyty, pocztówki i plakaty z Soap&amp;Skin (ceny w euro, raczej mało opłacalne w przeliczeniu na złotówki).</p>
<p style="text-align: justify;">Zebrało się już wystarczająco dużo ludzi, więc na kilkanaście minut przed rozpoczęciem koncertu zostaliśmy wpuszczeni na salę teatru. Okazało się, że jest to niezwykle piękne i klimatyczne pomieszczenie. Powstało ono w 1927, a pod koniec ubiegłego wieku zostało odnowione. Dzisiaj pełni funkcję zabytku, w którym mają miejsce różnorakie wydarzenia kulturalne. Chętnie zamieściłbym jakieś zdjęcie, ale na moje nieszczęście nie mam syndromu Japończyka, rzadko kiedy fotografuję cokolwiek, a w Internecie trudno jest znaleźć coś odpowiedniego.</p>
<p style="text-align: justify;">Koncert się rozpoczął, Anja Plaschg została przywitana gromkimi brawami. Podeszła do mikrofonu i zaczęła śpiewać. Zainteresowani wiedzą, jak Anja śpiewa. Śpiewa tak, że porusza serca do głębi. Swoim głosem świdruje człowieka na wylot, doprowadza do płaczu i wyciąga na wierzch uczucia, które za wszelką cenę staramy się ukryć. Plaschg grała również na fortepianie przy akompaniamencie charakterystycznej muzyki elektronicznej. Niezwykle dobrze zapadło mi w pamięć wykonanie utworu &#8222;Meltdown&#8221;, który jest coverem kompozycji Clinta Mansella pochodzącej z filmu &#8222;Requiem dla snu&#8221;. Anja zagrała go obłędnie, w sposób, którego jeszcze nie widziałem podczas przeglądania różnorakich nagrań krążących w sieci: energicznie, bardzo ekspresyjnie. Pewna omyłka podczas próby zaśpiewania &#8222;Fall Foliage&#8221; upewniła słuchaczy, że to nie playback. Anja po chwili przerwy zaczęła raz jeszcze &#8211; tym razem już bezbłędnie. Chyba największe owacje otrzymała za swój sztandarowy &#8222;Marche Funèbre&#8221;. Nie zabrakło również utworów, które pojawią się dopiero na nowym EP artystki. Trudno się było otrząsnąć po jej dość depresyjnej wizji piosenki &#8222;Voyage, voyage&#8221;&#8230; Cóż, strona techniczna nie pozostawała w tyle. Nie mogę ponarzekać na nagłośnienie. Głośna i tak muzyka nie zagłuszała głosu wokalistki (choć miałbym wątpliwości, czy to zasługa tego nagłośnienia, czy raczej siły, jaka w jej głosie tkwi). W odpowiedni klimat wprowadziły nas niezwykle magiczne efekty świetlne. W powietrzu unosił się dym.</p>
<p style="text-align: justify;">Faktycznie, koncert ten należał do tych z kategorii kameralnych. Po pewnym czasie rozpoznawałem twarze wszystkich osób zgromadzonych. Było warto, bo zgromadzili się tam ludzie naprawdę interesujący, wyrażający własny styl i podejście do sztuki. To tylko taka mała dygresja. Anja ubrana była w jednoczęściowy przewiązany czarnym paskiem czarny kostium, spod którego widać było półprzezroczystą (lecz również czarną) bluzkę. Zwróciłem uwagę na jej naszyjnik kształtem przypominający małe koło zębate. Z resztą, co ja się będę wysilał &#8211; <a title="Zdjęcia z Budapesztu" href="http://www.mush.hu/2011/10/soapskin/">w Budapeszcie była ubrana tak samo</a>.</p>
<p style="text-align: justify;">Koncert się zakończył, niektórzy &#8211; tak jak ja &#8211; nie byli przez moment w stanie klaskać. Nie byli w stanie zrobić niczego sensownego. Wciąż w transie, do głębi poruszeni tym, co widzieli i słyszeli. Dlatego relacja ta jest trochę zdawkowa i lakoniczna. Trudno jest mi pisać o czymś, co wzbudziło we mnie tak ogromne emocje. O czym myślałem, co było dla mnie ważne &#8211; pozostawiam dla siebie. Kiedy w końcu się otrząsnąłem, dołączyłem do reszty &#8211; przekazujących owacje na stojąco. Wiele osób jeszcze przez długi czas nie opuszczało sali mając nadzieję, na ponowne pojawienie się jej na scenie. Co chwilę ktoś nowy rozpoczynał kolejną serię oklasków, aż w końcu &#8211; tak! Anja wychyliła się na chwilę zza kurtyny, co wywołało następną burzę. Niestety, nie zagrała już. To wystarczyło.</p>
<p style="text-align: justify;">Kilka dni później na facebookowym fanpage&#8217;u Soap&amp;Skin pojawił się status:</p>
<blockquote>
<p style="text-align: justify;">experienced the most nightmarish déjà vu of my nightmares in budapest. apologies won&#8217;t make it undone. miraculously awaked in Košice. got blue hands, a surreal letter, a neck-chopped fowl. heart beats east</p>
</blockquote>
<p style="text-align: justify;">opatrzony komentarzem:</p>
<blockquote>
<p style="text-align: justify;">the east is the best</p>
</blockquote>
<p style="text-align: justify;">Jeżeli ktoś się waha, czy warto &#8211; odpowiadam: tak! Jeżeli ktoś nie był pewien, czy powinien wydać oszczędności na koncert &#8211; odpowiadam: warto! Człowiek czuje się po takim wydarzeniu bogatszy o pewne doświadczenie. Sam z tego wydarzenia czerpałem inspirację do tworzenia jeszcze przez długi okres czasu. To niezapomniane przeżycie. Tylko jest jeden minus &#8211; słuchanie piosenek z płyty to już jednak nie to samo. Pozostają tylko te mocne wspomnienia. Osobiście chętnie wybiorę się jeszcze nie raz. Jestem pewien, że każdy jej koncert jest inny (to się czuje).</p>
<p style="text-align: justify;">A Koszyce to naprawdę piękne miasto &#8211; polecam odwiedzenie. Trochę przypomina Kraków, choć czuje się ten słowacki nastrój.</p>
<div class='footnotes'>
<div class='footnotedivider'></div>
<ol>
<li id='fn-309-1'>Jak się później okazało, z BIT porozumieć się można również w języku polskim. <span class='footnotereverse'><a href='#fnref-309-1'>&#8617;</a></span></li>
</ol>
</div>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.lunatyk.net/2011/10/soapskin-na-wschodzie-koszyce/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Samodzielny i samowystarczalny</title>
		<link>http://www.lunatyk.net/2011/10/samodzielny-i-samowystarczalny/</link>
		<comments>http://www.lunatyk.net/2011/10/samodzielny-i-samowystarczalny/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 19 Oct 2011 19:33:24 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Franciszek Drąg</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kinematografia]]></category>
		<category><![CDATA[humor]]></category>
		<category><![CDATA[kino]]></category>
		<category><![CDATA[niezależność]]></category>
		<category><![CDATA[sztuka]]></category>
		<category><![CDATA[teatr]]></category>
		<category><![CDATA[życie]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.lunatyk.net/?p=299</guid>
		<description><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Debiutancka produkcja pełnometrażowa kultowego włoskiego reżysera, który ma szansę zostać spadkobiercą włoskich mistrzów kina. Przepełniona ironicznym humorem opowieść o samodzielności, dorosłości i sztuce. <a href="http://www.lunatyk.net/2011/10/samodzielny-i-samowystarczalny/">Continue reading <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">&#8222;Jestem samowystarczalny&#8221; to pierwszy pełnometrażowy film wyreżyserowany przez Nanni Morettiego. Sam reżyser był odpowiedzialny również za całą historię, scenariusz i montaż, a oprócz tego zagrał główną rolę. To produkcja, o której bez wątpliwości można powiedzieć, że jest niezależna, mając na uwadze fakt, iż do nakręcenia obrazu twórca zaangażował w większej części swoich dobrych znajomych po fachu. Po części o tym jest również samo dzieło &#8211; o niezależności pojętej w różnych aspektach: od sztuki do życia codziennego.<span id="more-299"></span></p>
<p style="text-align: justify;">Michele (w tej roli Nanni Moretti) żyje w Rzymie i utrzymuje się za pieniądze otrzymywane od swojego ojca. Niedawno odeszła jego żona, Sylvia, która zostawiła go z synkiem &#8211; Andreą. Zrozpaczony ojciec stara się sprawić, by kobieta wróciła do swojej rodziny. Tymczasem angażuje się w projekt swojego przyjaciela, Fabia, który zamierza wystawić eksperymentalną sztukę teatralną. Aktorzy przygotowują się do występu w sposób bardzo niekonwencjonalny, co dla niektórych kończy się bardzo tragicznie. Całość przeplatana jest wątkami z prywatnego życia poszczególnych bohaterów oraz dywagacjami na temat stanu kinematografii i sztuki w ogóle.</p>
<p style="text-align: justify;">Moretti oparł swój debiutancki metraż na jednej, niezmiennej, a idealnie wpasowującej się w klimat konwencji humorystycznej. Ciekawym zabiegiem jest znaczne wyolbrzymianie scen, które powinny uchodzić za dramatyczne. Wtedy aktor uzbraja się w bardzo groźną minę (ostatecznie komiczną), czemu towarzyszy nagłe zbliżenie kamery i mrożący krew w żyłach dźwięk. Śmiechu nie wywołują zabawne sploty akcji; nie ma również bezpośredniego komizmu słownego. To, co widza bawi, to nietypowe zachowanie, gesty, mimika, sposób postępowania bohaterów, czy też absurdalne zdarzenia, na widok których ciśnie się na usta pytanie o cel ich istnienia. Tak naprawdę Moretti igra sobie z odbiorcą, nie częstuje go czymś prostym i lekkostrawnym, ale czymś, co przez chwilę pozostawi go w lekkim oszołomieniu, co go zaskoczy. W pewnym momencie zdajemy sobie sprawę, że łamie on zasady logiki i lekko odbiega od realistycznej formy prezentacji świata przedstawionego, by uraczyć widza dość niejasnymi w odbiorze metaforami.</p>
<p style="text-align: justify;">W &#8222;Jestem samowystarczalnym&#8221; autor składa pokłon w stronę sztuki alternatywnej i niezależnej, tym samym wcale nie potępiając innego jej rodzaju. Wyraźnie zaznacza jednak, że bycie całkowicie samodzielnym i samowystarczalnym nie jest takie proste, jak mogłoby się wydawać, a ostatecznie nie można tak naprawdę uzyskać pełnej niezależności bez licznych zawodów i wyrzeczeń. Piętnuje zbyt wczesne zakładanie rodziny czy nieustanne dążenie do akceptacji przez innych. Niemniej jednak twierdzi, że warto pozbyć się wszelkich uzależnień, by poczuć wolność w pełnym słowa znaczeniu. Nie dla publiki, która nie chce brać udziału w debacie, nie dla krytyków, którzy olśniewają nas swoją mądrością ale odrzucają brakiem wiedzy praktycznej. Tak po prostu, dla siebie.</p>
<p style="text-align: justify;">Tego, że Moretti w swoim filmie przekazuje własne poglądy możemy być pewni, gdy spostrzeżemy ciekawy fakt, iż Michele w filmie ma na nazwisko Apicella, dokładnie tak jak matka reżysera przed wyjściem za mąż. Z resztą, Michele Apicella to bohater, który jeszcze niejednokrotnie pojawi się w filmach włoskiego twórcy &#8211; jako jego filmowe odbicie.</p>
<p style="text-align: justify;">&#8222;Jestem samowystarczalny&#8221; to obraz z pewnością nietypowy, ale również nietuzinkowy. Nie zachwyca, choć nie pozostawia obojętnym. To kino bardzo emocjonalne i indywidualne, do którego podejść trzeba z pewnym dystansem. Nie można go brać na poważnie, lecz potraktować z przymrużeniem oka &#8211; w końcu to komedia. Tylko na końcu pozostaje pytanie &#8211; czy ja jestem albo jestem w stanie być absolutnie samowystarczalny?</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>JESTEM SAMOWYSTARCZALNY (1976) </strong>(Io sono un autarchico) <strong>reżyseria:</strong> Nanni Moretti,  <strong>scenariusz: </strong>Nanni Moretti, <strong>muzyka: </strong>Franco Piersanti, <strong>zdjęcia: </strong>Fabio Sposini, <strong>w rolach głównych: </strong>Nanni Moretti (Michele), Fabio Traversa (Fabio)</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.lunatyk.net/2011/10/samodzielny-i-samowystarczalny/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Nadmiar jest dobry</title>
		<link>http://www.lunatyk.net/2011/07/nadmiar-jest-dobry/</link>
		<comments>http://www.lunatyk.net/2011/07/nadmiar-jest-dobry/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 29 Jul 2011 11:58:40 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Franciszek Drąg</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kinematografia]]></category>
		<category><![CDATA[Recenzje]]></category>
		<category><![CDATA[demoralizacja]]></category>
		<category><![CDATA[klasyka]]></category>
		<category><![CDATA[seks]]></category>
		<category><![CDATA[społeczeństwo]]></category>
		<category><![CDATA[Zło]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.lunatyk.net/?p=224</guid>
		<description><![CDATA[Mało kto nie słyszał o tym filmie. Nic dziwnego - mimo upływu czasu, nieustannie budzi kontrowersje i prowokuje do burzliwych dyskusji na temat degrengolady człowieka. Kilka słów na temat "120 dni Sodomy" Pasoliniego.  <a href="http://www.lunatyk.net/2011/07/nadmiar-jest-dobry/">Continue reading <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Są takie filmy, których nieznajomość może szkodzić. Jednak wśród tych filmów jest pewna perełka. &#8222;Salo, czyli 120 dni Sodomy&#8221; to film, o którym warto wiedzieć. Różni się od innych jednak tym, że nie trzeba go oglądać &#8211; wystarczy się o nim nasłuchać. Chyba, że ktoś jest tak zdeterminowanym widzem jak ja, można spróbować. Ale czy warto, używam tutaj najbardziej adekwatnego wyrażenia, się męczyć? Przecież wszystko, co napisano na jego temat doskonale odzwierciedla to, co można zobaczyć. W ten sposób można poznać produkcję Pasoliniego w sposób przyjazny i bezbolesny. Ja wybrałem bardziej masochistyczną drogę.<span id="more-224"></span></p>
<p style="text-align: justify;">&#8222;Salo&#8221; jest bardzo luźną adaptacją książki &#8222;Sto dwadzieścia dni Sodomy, czyli szkoła libertynizmu&#8221; Markiza de Sade. Zdarzenia zaprezentowane w filmie mają miejsce w tytułowym miasteczku Salò, gdzie czwórka mężczyzn &#8211; książę, biskup, burmistrz i prezydent &#8211; sprowadzają grupę nieletnich, których wykorzystują do zaspokajania swoich żądz. Pomimo tego, że film jest &#8211; jak już napisałem &#8211; luźną adaptacją powieści de Sade, tak naprawdę zawarte w nim zostały wszystkie elementy, które znalazły się w powieści. Nie da się jednak ukryć, że obraz filmowy jest bardzo dosłowny i wszystko staje się kilkakrotnie bardziej wstrząsające i odrażające niż w słowie pisanym. Wyobraźnia zawsze może coś ułagodzić, czy odrzucić, a tutaj Pasolini serwuje widzowi jednoznaczny widok przed którym trudno jest uciec.</p>
<p style="text-align: justify;">Nie jest to produkcja do końca udana, ponieważ gdzieś tam zatraciło się to, co powinno być jak najbardziej wyróżnione. Bo przecież &#8222;Salo&#8221;, choć obrzydliwe, sadystyczne i wywołujące odruchy wymiotne, nie zostało stworzone tylko po to, by szokować (choć trudno jest mi oceniać motywy kierujące reżyserem). Nie możemy zapominać, że Pasolini był w końcu wybitną postacią &#8211; filmowcem i humanistą. Jego ostatnia produkcja ukazuje jedyną właściwą ocenę faszyzmu, a także coś, co powszechnie określa się mianem Zła. Ostatecznie przesłanie to zostało jakby zdegradowane, gdy z ekranu wylewa się ohydztwo, które nie pozwala skupić się na czymś innym, jak tylko zmuszaniu się do dalszego oglądania. Tak naprawdę jest to pozycja dosyć wartościowa, jednak tym samym trudna i podana w naprawdę brzydkim opakowaniu. Jedyne przyjemne doznania, jakich doświadczyłem podczas seansu, to delikatna muzyka skomponowana przez genialnego kompozytora: Ennio Morricone.</p>
<p style="text-align: justify;">Chciałbym napisać, że ta włoska produkcja epatuje antyestetyką. Niestety, nie mogę tego zrobić &#8211; Pasolini bardzo się o to postarał. Choć te dantejskie sceny (celowo użyty epitet) przyprawiały o zawrót głowy, to wszystko inne sprawiało niesamowite wrażenie elitarnego ułożenia, elegancji i wyrafinowania. Piękne obrazy, rzeźby, stroje, kojąca muzyka, meble i nierzadko język francuski są tłem tej paskudnej opowieści. Gdzie jest tutaj miejsce na antyestetykę? Nie ma. To doprowadza mnie do frustracji, bo jednak w pewnej scenie jedna z dziewczyn zmuszona zostaje do zjedzenia kału. Przy pięknym stole. A kiedy słyszy się komentarz, że odmawia sobie takiego smakołyku&#8230;</p>
<p style="text-align: justify;">Wszystkie te epizody są jednak niczym w porównaniu z tym, co ma się zdarzyć w finale. Wtedy to czwórka mężczyzn da upust swoim perwersjom i ukrywanym pragnieniom. Wtedy też ujawnią swoje prawdziwe oblicze &#8211; sadystów podniecających się widokiem przypalanych członków, zjadanych genitaliów, wyrywanych języków, wydłubywanych oczu, zaszywanych w pochwie myszy&#8230; Może i Pasolini sympatyzował z komunistami; bardzo prawdopodobne, że to wszystko były jego chore fantazje, ale przez to nakręcił nietypowy obraz, w którym przedstawił jego stosunek do polityki Hitlera i Mussoliniego. To dla niego. Dla współczesnego odbiorcy może to być historia o nadludzkim Złu, o dotykaniu pozbawionego moralności dna, o pragnieniu bycia bogiem samego siebie, o zatrważająco namacalnej degrengoladzie. Prawdziwa to szkoła libertynizmu, z której &#8211; mam nadzieję &#8211; nikt niczego nie wyniesie. Za taką edukację podziękujemy.</p>
<p style="text-align: justify;">A aktorstwo? Przerażająco autentyczne, mimo występowania samych amatorów. Może to dlatego, że aktorzy dostawali scenariusz na niedługo przed kręceniem scen? Podobny sposób został wykorzystany podczas kręcenia filmu &#8222;Wiatr buszujący w jęczmieniu&#8221; z bardzo dobrym skutkiem. Może w tym wypadku zadziałał również konspiracyjny charakter kręcenia zdjęć? Nie wiem, ale prawdę powiedziawszy, nie chcę wiedzieć, bo do szczęścia nie jest mi to potrzebne. Wolę nie znać sposobu Pasoliniego, dzięki któremu udało mu się sprawić, że to piekło jest jeszcze bliżej widza.</p>
<p style="text-align: justify;">Dla niektórych może wydać się zaskakujące moje stanowisko wobec tego filmu. Nie chcę go gloryfikować, ale nie będę również potępiał. Produkcja powstała i bardzo dobrze, że tak się stało. Mimo, że nakręcona została ponad trzydzieści lat temu wciąż szokuje i zmusza do dyskusji. Poszczególne sceny budzą w widzach mieszane odczucia, czasem bardzo sprzeczne. Może i należy mi się chłosta, jeśli powiem, że moim zdaniem to jest magia kina &#8211; zręczne manipulowanie nastrojem widza, który w tym przypadku czuje się co raz gorzej i gorzej. Nie jest trudno mi zrozumieć, dlaczego wpisał się na stałe do historii kinematografii i dlaczego wciąż jest kontrowersyjny. Bardzo dobrze, że powstał. Nieśmiało, ale jednak powiem, że żałuję, iż nie powstały kolejne części Trylogii Śmierci. Dlaczego tak spokojnie i bez jakichś podniosłych emocji opowiadam o tej produkcji? Mam do niej naprawdę duży dystans.</p>
<p style="text-align: justify;">Arcydzieło? To pojęcie względne. Pod pewnymi względami myślę, że można by było pokusić się o taką etykietkę dla &#8222;Salo&#8221;. Byłoby to jednak bardzo ryzykowne, bo taki przydomek ociera się niemal o kicz, a w moim mniemaniu o czymś takim w tym przypadku mówić nie można pod żadnym pozorem. Jeśli ktoś ma dylemat czy powinien to oglądać, ja nie widzę przeciwwskazań. Wręcz do tego zachęcam. Trzeba jednak uzbroić się w cierpliwość, żelazne nerwy i umocnić swój żołądek. Później odreagować ze znajomymi na jakimś wypadzie. Zobaczyć nie zaszkodzi, by skonfrontować się z innymi i dołączyć do dyskusji. Bo jest o czym rozmawiać.</p>
<p style="text-align: justify;">(Tytuł wpisu pochodzi od kwestii wypowiadanej przez jednego z bohaterów, twierdzącego:</p>
<blockquote>
<p style="text-align: justify;">Wszystkie rzeczy są dobre, gdy brane w nadmiarze.</p>
</blockquote>
<p style="text-align: justify;">To zdanie doskonale, moim zdaniem, odzwierciedla charakter tej produkcji.)</p>
<p><strong>SALO, CZYLI 120 DNI SODOMY (1975) </strong>(SALÒ O LE 120 GIORNATE DI SODOMA) <strong>reżyseria:</strong> Pier Paolo Pasolini,  <strong>scenariusz:</strong> Pier Paolo Pasolini, Pupi Avati, Sergio Citti, <strong>muzyka: </strong>Ennio Morricone, <strong>zdjęcia: </strong>Tonino Delli Colli <strong>w rolach głównych: </strong>Paolo Bonacelli (Książę), Aldo Valletti (Prezydent), Giorgio Cataldi (Biskup), Caterina Boratto (Castelli)</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.lunatyk.net/2011/07/nadmiar-jest-dobry/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Porozmawiajmy o AIDS</title>
		<link>http://www.lunatyk.net/2011/07/porozmawiajmy-o-aids/</link>
		<comments>http://www.lunatyk.net/2011/07/porozmawiajmy-o-aids/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 22 Jul 2011 11:58:42 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Franciszek Drąg</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kinematografia]]></category>
		<category><![CDATA[Recenzje]]></category>
		<category><![CDATA[AIDS]]></category>
		<category><![CDATA[choroba]]></category>
		<category><![CDATA[homoseksualizm]]></category>
		<category><![CDATA[seks]]></category>
		<category><![CDATA[społeczeństwo]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.lunatyk.net/?p=216</guid>
		<description><![CDATA[<p style="text-align: justify;" _mce_style="text-align: justify;">Nakręcony w roku 1993 film zaskakuje po latach swoją aktualnością. Lekarstwa na AIDS nikt jeszcze nie wynalazł, a część społeczeństwa wciąż tkwi w niewiedzy na temat tej choroby. Budzi obrzydzenie, strach i zgorszenie. "Filadelfia" powinna być wyświetlana w szkołach, obowiązkowo.</p> <a href="http://www.lunatyk.net/2011/07/porozmawiajmy-o-aids/">Continue reading <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">W całej piosence nie pada ani razu słowo <em>AIDS</em>, ale już pierwsze jej dźwięki wystarczą, by wszyscy wiedzieli o czym ona jest. Mówię tutaj oczywiście o nagrodzonym Oscarem utworze Bruce&#8217;a Springsteena zatytułowanym &#8222;Streets of Philadelphia&#8221;, który skomponowany został jako ścieżka dźwiękowa filmu &#8222;Filadelfia&#8221; Jonathana Demme&#8217;a. Dzisiaj jest on jednym z najbardziej rozpoznawalnych utworów muzycznych, a sama produkcja na zawsze wpisała się w historię kina. Ten amerykański obraz nawet po kilkunastu latach od swojej premiery nieustannie zachwyca, wzrusza i prowokuje do dyskusji widzów na całym świecie. Opowiada on historię młodego prawnika, Andrew Becketta (w tej roli Tom Hanks), który odkrywa, że cierpi na nieuleczalną chorobę, jaką jest AIDS. Z jej powodu właśnie zostaje wyrzucony z renomowanej kancelarii prawnej. Wraz ze swoim prawnikiem walczy o sprawiedliwość w mieście prawa &#8211; Filadelfii.<span id="more-216"></span></p>
<p style="text-align: justify;">&#8222;Filadelfia&#8221;, wbrew temu, co niektórzy chcieliby uznać za prawdę, nie jest filmem propagandowym, który gloryfikuje mniejszości seksualne. Wcale tak nie jest, wręcz trudno doszukać się w nim takiego akcentu. To przede wszystkim opowieść o cierpieniu i niezrozumieniu. Edukowała ona ówczesne społeczeństwo, które wtedy wiedziało na temat tej wyniszczającej choroby tyle, co nic, a co za tym idzie &#8211; panicznie się jej bało. Jonathan Demme zmusił opinię publiczną do refleksji nad jej stosunkiem do osób zarażonych wirusem. Dalej, to kino prawnicze. Kimkolwiek by nie był Beckett, zgodnie z konstytucją &#8211; jest równy innym ludziom, a skoro popełnione zostało przestępstwo, sprawiedliwości powinno stać się zadość. Z wypiekami na twarzy obserwujemy proces sądowy i obserwujemy różnorakie nieczyste sztuczki stosowane przez adwokatów, aż chce się zacząć robić notatki. Ostatecznie reżyser piętnuje tylko zasiadających po stronie oskarżonych, nie wydaje nawet wyroku na tych, którzy z obrzydzeniem odsuwają się od chorego człowieka. Nie oskarża Andy&#8217;ego o to, że z własnej winy, lekkomyślnie zaraził się AIDS od przypadkowego człowieka. Najlepiej sugeruje to słowami jednego z świadków, który zachorował na AIDS podczas transfuzji krwi:</p>
<blockquote><p>Jednak nie uważam, żebym różniła się czymś od innych chorych na AIDS. Nie jestem winna, ani niewinna. Po prostu chcę przeżyć.</p></blockquote>
<p style="text-align: justify;">&#8222;Filadelfia&#8221; to nie tylko produkcja genialna pod względem warstwy merytorycznej, ale również maksymalnie dopieszczona technicznie. Świadczą o tym liczne liczne nagrody czy nominacje. Najbardziej na wspomnienie zasługuje Tom Hanks ze swoją kreacją wyniszczonego człowieka. Wlał on w swoją postać radość z życia, optymizm i wzruszającą prostotę. Chociaż wyróżnia się na tle reszty ekipy, pozostali nie pozostają daleko w tyle. Denzel Washington zagrał (jak zwykle z resztą) postać pozytywną, walczącą o sprawiedliwość, przeżywającą wewnętrzną zmianę, a Antonio Banderas, na co dzień w filmach uwodzący przepiękne kobiety tym razem przekonująco przedstawił Miguela, partnera głównego bohatera. W tej produkcji dostrzec można także kilka smaczków wizualnych, jak w przypadku ciekawym zabiegiem kolorystycznym podczas wyciskającej łzy sceny odsłuchiwania opery Umberta Giordano &#8211; &#8222;Andrea Chenier&#8221;.</p>
<p style="text-align: justify;">Mamy do czynienia z filmem ważnym, bo po latach przerażająco aktualnym, czyli ponadczasowym. Mimo, że zrobiony w Ameryce, ucieka od etykiety produkowanej w niewyobrażalnym tempie hollywoodzkiej papki. I to jest siła, jaka w nim tkwi.</p>
<p><strong>FILADELFIA (1993)<br />
</strong>(PHILADELPHIA)</p>
<p><strong>reżyseria:</strong> Jonathan Demme,  <strong>scenariusz:</strong> Ron Nyswaner, <strong>muzyka: </strong>Howard Shore, <strong>zdjęcia: </strong>Tak Fujimoto</p>
<p><strong>w rolach głównych: </strong>Tom Hanks (Andrew), Denzel Washington (Joe), Antonio Banderas (Miguel), Jason Robards (Charles)</p>
<p style="text-align: justify;">
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.lunatyk.net/2011/07/porozmawiajmy-o-aids/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Magia i voodoo &#8211; wywiad z Noblesse Oblige</title>
		<link>http://www.lunatyk.net/2011/06/magia-i-voodoo-wywiad-z-noblesse-oblige/</link>
		<comments>http://www.lunatyk.net/2011/06/magia-i-voodoo-wywiad-z-noblesse-oblige/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 15 Jun 2011 15:31:30 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Franciszek Drąg</dc:creator>
				<category><![CDATA[Rozmowy]]></category>
		<category><![CDATA[magia]]></category>
		<category><![CDATA[mistycyzm]]></category>
		<category><![CDATA[muzyka]]></category>
		<category><![CDATA[muzyka elektroniczna]]></category>
		<category><![CDATA[Noblesse Oblige]]></category>
		<category><![CDATA[rozmowa]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.lunatyk.net/?p=171</guid>
		<description><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Energetyzujący, magiczni, niepowtarzalni, niezwykli, niesamowici (w słownikowym tego słowa znaczeniu) - takie i inne określenia posypały się w kierunku Valerie Renay i Sebastiana Lee Phillipa, członków zespołu Noblesse Oblige, których polscy słuchacze mieli okazję spotkać już niejednokrotnie; chociażby całkiem niedawno, gdy jako support towarzyszyli w trasie koncertowej zespołowi IAMX. Grają muzykę elektroniczną, ale prawdziwego kopa dostać można tak naprawdę podczas ich występów na żywo. Jeżeli ktoś nie wierzy - niech przekona się na własnej skórze.</p> <a href="http://www.lunatyk.net/2011/06/magia-i-voodoo-wywiad-z-noblesse-oblige/">Continue reading <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Energetyzujący, magiczni, niepowtarzalni, niezwykli, niesamowici (w słownikowym tego słowa znaczeniu) &#8211; takie i inne określenia posypały się w kierunku Valerie Renay i Sebastiana Lee Phillipa, członków zespołu Noblesse Oblige, których polscy słuchacze mieli okazję spotkać już niejednokrotnie; chociażby całkiem niedawno, gdy jako support towarzyszyli w trasie koncertowej zespołowi IAMX. Grają muzykę elektroniczną, ale prawdziwego kopa dostać można tak naprawdę podczas ich występów na żywo. Jeżeli ktoś nie wierzy &#8211; niech przekona się na własnej skórze.</p>
<p style="text-align: justify;">Tymczasem zapraszam wszystkich do eksluzywnego wywiadu dla Lunatyka, w którym Valerie Renay w imieniu zespułu Noblesse Oblige odpowiada na kilka pytań&#8230;<span id="more-171"></span></p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Na początku chciałem się dowiedzieć, i proszę o szczerą odpowiedź, czy polubiliście polską publiczność?<br />
</strong>Ostatnio w Polsce graliśmy kilkakrotnie; w tym roku mieliśmy dwa własne występy oraz jeden w roli supportu z IAMX, za każdym razem byliśmy bardzo dobrze przyjmowani przez polską publiczność, bardzo entuzjastycznie i ciepło, więc nie możemy się doczekać kolejnej wizyty w Polsce; bardzo polubiliśmy krupnik i przepyszne polskie zupy.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Dlaczego Noblesse Oblige to Noblesse Oblige?<br />
</strong>Angielskie tłumaczenie wyrażenia Noblesse Oblige to &#8222;Privilege Entails Responsibility&#8221;<sup class='footnote'><a href='#fn-171-1' id='fnref-171-1'>1</a></sup>, które to jest jednocześnie tytułem naszego pierwszego albumu. Nadal istnieje taka rzecz jak <em>szlachectwo serca</em>, poczucie szacunku. Być może ludzie uznają to za staromodne, my uważamy, że jest to na swój sposób odświeżające. Branie odpowiedzialności za to kim jesteśmy i za działania, których się podejmujemy.  Zdając sobie sprawę z naszych przywilejów, jesteśmy wystarczająco szczęśliwi, by cieszyć się swoją wolnością, więc nie mamy ograniczeń przy tworzeniu sztuki. Możemy wyrażać siebie i nagrywać muzykę, jaką chcemy; to ogromny przywilej i jesteśmy tego świadomi; niektórzy artyści w innych częściach świata nie mają takiej możliwości.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Valerie, jesteś z Francji, a Sebastian z Niemiec &#8211; w jaki sposób się poznaliście?<br />
</strong>Spotkaliśmy się na balu maskowym w Londynie, byłam na scenie i wykonywałam stylizowany i rozbudowany orgazm, a Sebastian był najbardziej intrygującą i utalentowaną osobą w tamtym gronie. Natychmiast złapaliśmy kontakt i niedługo po tym utworzyliśmy zespół.</p>
<div class="mceTemp mceIEcenter">
<dl id="attachment_179" class="wp-caption     aligncenter" style="width: 310px;">
<dt class="wp-caption-dt"><a href="http://www.lunatyk.net/wp-content/uploads/2011/06/3-1.jpg"><img class="size-medium wp-image-179 " title="Noblesse Oblige" src="http://www.lunatyk.net/wp-content/uploads/2011/06/3-1-300x300.jpg" alt="Noblesse Oblige" width="300" height="300" /></a></dt>
</dl>
</div>
<p>&nbsp;</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Po występach w Polsce, udało mi się znaleźć kilka opinii, że jesteście szamanami, magikami. Co o tym myślicie? Naprawdę potraficie rzucić czar na publiczność?<br />
</strong>Podoba nam się idea pokazywania prawdziwego przedstawienia, a nie zwykłego koncertu! Na nasze przyjęcie zorganizowane z okazji wydania naszego nagrania, w Berlinie przygotowaliśmy artystyczną przestrzeń, którą całkowicie wypełniliśmy dekoracjami z drewna, gałęzi, liści, świec, zbudowaliśmy ołtarz voodoo z tyłu sceny, wypuszczaliśmy dym, pokazywaliśmy projekcje, wystawiliśmy puste butelki i martwe kwiaty &#8211; to wszystko pomogło nam uzyskać odpowiednią atmosferę. Wprowadziliśmy w tą przestrzeń kilka symbolicznych elementów, by odtworzyć naszą specyficzną estetykę. Aby wizualnie przekazać mistycyzm i mroczność naszego najnowszego albumu, na początku koncertu przechodzę wzdłuż i wszerz tłumu w moim enigmatycznym stylu czarnej wdowy trzymając kadzielnicę i mały dzwonek; to natychmiastowo wprowadza widownię w odpowiedni nastrój &#8211; bez znaczenia, gdzie gramy. Podczas koncertu mamy nadzieję na wychwycenie wyobraźni publiczności, by wprowadzić ich w świat marzeń, by mogli uciec od rzeczywistości na ten krótki czas, gdy słyszą nas na żywo. Koncert jest jak podróż do odległych lądów. W tym znaczeniu muzycy powinni być choć trochę jak magicy.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Wasze występy na żywo to teatr w najczystszej postaci. Bardzo dramatyczny i mistyczny. Czy to była pierwotna koncepcja zespołu?<br />
</strong>Mój wprawa w grze aktorskiej pomaga mi czuć się komfortowo z publicznością i kreować dramatyczne obrazy połączone z dźwiękiem. Uwielbiam mieć ten związek z widzami podczas naszych występów na żywo, to jest jak intymna komunia, staramy się uwieść, zahipnotyzować lub zaskoczyć każdego, to jest takie ekscytujące, to jest całe piękno <em>live</em>. Kluczem do każdego występu na żywo jest energia, poczucie przyjemności i połączenie między Sebastianem i mną! Pewien poziom skupienia, pragnienie dzielenia się z innymi naszą wizją, by zaoferować więcej niż przeżycia związane z słuchaniem muzyki w domu. To magia <em>tu i teraz</em>, charakter człowieka, pewien rodzaj chemii trudny do zdefiniowania. Jako zespół przemierzyliśmy wiele różnych scen w zależności od charakteru każdego albumu. Nasz ostatni krążek, &#8222;Malady&#8221;, to album, który ma bardzo teatralny charakter.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Kto pisze teksty? Można znaleźć wiele ekstrawaganckich i kontrowersyjnych utworów jak na przykład &#8222;Daddy, Don&#8217;t Touch Me (There)&#8221;, &#8222;I&#8217;m a Bitch&#8221; czy &#8222;Offensive Nonsense&#8221;. Czy macie jakieś specjalne źródło inspiracji?<br />
</strong>Oboje piszemy teksty. Często inspirujemy się książkami i filmami. Staramy się odbiegać od banalnych, codziennych życiowych historii. Teksty do piosenek z albumu &#8222;Malady&#8221; były zainspirowane opowiadaniem Aleistera Crowleya, chorobliwą melancholią poezji Christiny Rossetti oraz literaturą voodoo haitańskiego pisarza Rene&#8217;a Depestre&#8217;a.</p>
<div class="mceTemp mceIEcenter">
<dl id="attachment_181" class="wp-caption     aligncenter" style="width: 310px;">
<dt class="wp-caption-dt"><a href="http://www.lunatyk.net/wp-content/uploads/2011/06/3-4.jpg"><img class="size-medium wp-image-181" title="Noblesse Oblige" src="http://www.lunatyk.net/wp-content/uploads/2011/06/3-4-300x300.jpg" alt="" width="300" height="300" /></a></dt>
</dl>
</div>
<p>&nbsp;</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Jak to jest należeć do klasyki niezależnego electro? Czy to duże wyróżnienie?<br />
</strong>Rozpoznawalność to dla nas najważniejsze wyróżnienie, jak wtedy, gdy odbieraliśmy w Rosji muzyczną nagrodę Steppena Wolfa za album &#8222;In Exile&#8221;. Nie robimy muzyki tylko dla siebie, ale przede wszystkim by dzielić się naszymi snami i światem z jak największą możliwą liczbą odbiorców.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Najlepsze wspomnienie związane z waszą karierą?<br />
</strong>Ludzie śpiewający wspólnie nasze piosenki podczas pierwszego występu w Brazylii! To było niewiarygodne przeżycie!</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Jakie są wasze plany na przyszłość? Nowy album? Niezależna trasa koncertowa?<br />
</strong>Robimy sobie małą przerwę od występowania na żywo, by pisać i nagrywać nową płytę w naszym studio w Berlinie. To ekscytujący proces.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Co jeśli chodzi o piosenkę &#8222;Night Train To Krakow&#8221;? Dlaczego Kraków?<br />
</strong>Kilka lat temu podróżowałam nocnym pociągiem z Budapesztu do Krakowa, to było piękne i magiczne przeżycie, które staraliśmy się przekazać w tej piosence. To był koniec lata, a ja oglądałam wtedy wschód słońca nad miastem, kiedy przyjachałam tam pierwszy raz &#8211; nic nie wiedząc ani o tym mieście, ani o Polsce.</p>
<div class="mceTemp mceIEcenter">
<dl id="attachment_182" class="wp-caption   aligncenter" style="width: 310px;">
<dt class="wp-caption-dt"><a href="http://www.lunatyk.net/wp-content/uploads/2011/06/3-6.jpg"><img class="size-medium wp-image-182" title="Noblesse Oblige" src="http://www.lunatyk.net/wp-content/uploads/2011/06/3-6-300x300.jpg" alt="" width="300" height="300" /></a></dt>
</dl>
</div>
<p>&nbsp;</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Wasze kariery to nie tylko Noblesse Oblige. Valerie, jesteś Femme Façade, Sebastian to producent muzyczny. Opowiedz nam trochę o tym. Czy są jakieś projekty nad którymi obecnie pracujecie?<br />
</strong>Jako samodzielny wykonawca, regularnie pojawiam się w podziemnych klubach, pokazach mody, galeriach sztuki, tak samo jak na międzynarodowych festiwalach teatralnych. Sama wymyślam i przedstawiam moją działalność artystyczną pod pseudonimem Femme Façade, to moje alter ego. To jest trwający projekt, badający osobiste aspekty życia, obsesje, pożądanie, marzenia, strach, ból i przyjemność. Okazja by opowiedzieć intymne opowieści, ujawnić jeden czy dwa sekrety.  Moja działalność pozwala mi badać i zrozumieć istotę istnienia. Jeśli chodzi o przedstawienia na większą skalę, współpracuję z Sebastianem, który nagrywa oryginalną muzykę i odtwarza ją na żywo. Sebastian aktualnie produkuje nowy album londyńskiego zespołu Neurotic Mass Movement w naszym berlińskim studio.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Czy będzie możliwe zobaczenie was wkrótce w Polsce?<br />
</strong>Są plany, by uczestniczyć w Electric Nights Festival w Lublinie<sup class='footnote'><a href='#fn-171-2' id='fnref-171-2'>2</a></sup> w październiku tego roku.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Ostanie, klasyczne pytanie: ulubione film/książka/muzyka?<br />
</strong>Tego jest strasznie dużo&#8230; Oboje czujemy się przemienieni przez &#8222;Zbrodnię i karę&#8221; Fiodora Dostojewskiego i kochamy prace Lautréamonta oraz w ostatnich latach Philipa Ridleya, który jest pisarzem i twórcą filmów. Jeśli chodzi o filmy: &#8222;Persona&#8221; Bergmana jest niesamowitą podróżą. Podziwiamy również Kennetha Angera, Davida Lyncha&#8230; Tytuł naszego albumu &#8222;Malady&#8221; jest częściowo zainspirowany przez film Apichatponga Weerasethakula &#8222;Tropical Malady&#8221;<sup class='footnote'><a href='#fn-171-3' id='fnref-171-3'>3</a></sup>. Muzyka jest najtrudniejszą częścią&#8230; Joy Division jest najprawdopodobniej moim ulubionym zespołem wszechczasów. Sebastian ma słabość do zespołu Pink Floyd. Oboje uwielbiamy kompozytorów robiących muzykę do filmów, takich jak Miacheal Nyman czy Ennio Morricone.</p>
<div class="mceTemp mceIEcenter">
<dl id="attachment_183" class="wp-caption   aligncenter" style="width: 310px;">
<dt class="wp-caption-dt"><a href="http://www.lunatyk.net/wp-content/uploads/2011/06/3-7.jpg"><img class="size-medium wp-image-183" title="Noblesse Oblige" src="http://www.lunatyk.net/wp-content/uploads/2011/06/3-7-300x199.jpg" alt="" width="300" height="199" /></a></dt>
</dl>
</div>
<p>&nbsp;</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>Wywiad z Valerie Renay przeprowadził i przetłumaczył z angielskiego Grzegorz Puławski.<br />
<strong>Autorem zamieszczonych wyżej zdjęć jest Kiril Bikov, wszelkie prawa zastrzeżone. </strong><br />
Zespół Noblesse Oblige znajdziecie na <a title="Noblesse Oblige na Facebooku" href="http://www.facebook.com/noblesseobligemusic" target="_blank">Facebooku</a>, <a title="Noblesse Oblige na Twitterze" href="http://www.twitter.com/noblesseoblige1" target="_blank">Twitterze</a>, <a title="Noblesse Oblige na YouTube" href="www.youtube.com/noblesseobligevideos" target="_blank">YouTube</a>, <a title="Noblesse Oblige na MySpace" href="www.myspace.com/noblesseoblige" target="_blank">MySpace</a>, a także na ich <a title="Strona zespołu Noblesse Oblige" href="www.noblesseoblige.co.uk" target="_blank">stronie internetowej</a>, gdzie zaopatrzycie się we wszystkie albumy.<br />
</strong></p>
<div class='footnotes'>
<div class='footnotedivider'></div>
<ol>
<li id='fn-171-1'>W języku polskim to popularne <em>szlachectwo zobowiązuje</em>, G.P. <span class='footnotereverse'><a href='#fnref-171-1'>&#8617;</a></span></li>
<li id='fn-171-2'>Pierwszy Festiwal Muzyki Niezależnej w Lublinie, G.P. <span class='footnotereverse'><a href='#fnref-171-2'>&#8617;</a></span></li>
<li id='fn-171-3'>Polski tytuł to &#8222;Choroba tropikalna&#8221;, brak polskiej dystrybucji, G.P. <span class='footnotereverse'><a href='#fnref-171-3'>&#8617;</a></span></li>
</ol>
</div>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.lunatyk.net/2011/06/magia-i-voodoo-wywiad-z-noblesse-oblige/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Goj wśród Żydów</title>
		<link>http://www.lunatyk.net/2011/05/goj-wsrod-zydow/</link>
		<comments>http://www.lunatyk.net/2011/05/goj-wsrod-zydow/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 13 May 2011 13:21:14 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Franciszek Drąg</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kinematografia]]></category>
		<category><![CDATA[Recenzje]]></category>
		<category><![CDATA[Brazylia]]></category>
		<category><![CDATA[dyktatura]]></category>
		<category><![CDATA[judaizm]]></category>
		<category><![CDATA[społeczeństwo]]></category>
		<category><![CDATA[totalitaryzm]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.lunatyk.net/?p=91</guid>
		<description><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Rzadko kiedy mamy okazję zobaczyć w Polsce filmy pochodzące z Brazylii. A już na pewno rzadko widujemy tak dobre i ciekawe obrazy jak "Rok, w którym moi rodzice wyjechali na wakacje". Co prawda nie doczekał się polskiej dystrybucji, ale z odrobiną szczęścia można trafić na niego w telewizji. Powstał pięć lat temu.</p>  <a href="http://www.lunatyk.net/2011/05/goj-wsrod-zydow/">Continue reading <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Są twórcy, których filmy &#8211; dzięki idealnej konstrukcji świata przedstawionego &#8211; zabierają odbiorcę w odległą podróż: do miejsc, których dotychczas nie znał. Do tego trzeba mieć jednak smykałkę, a nie wszystkim dane zostało taką posiąść. Cao Hamburger pokazał wyreżyserowaną przez siebie produkcją, że potrafi budować odpowiedni klimat, a przez to doprowadzać otwartego na doznania artystyczne człowieka do ekstazy. Przenosi nas w lata siedemdziesiąte do Brazylii. Jest to okres niewątpliwie trudny (jeden z tych momentów, gdy dyktatura zajmowała miejsce rządów demokratycznych). Kiedy rodzice Maura w pośpiechu jadą na tytułowe wakacje, chłopiec &#8211; w przeciwieństwie do widzów &#8211; niczego jeszcze nie podejrzewa. Przecież tatuś obiecał, że wrócą z urlopu przed mistrzostwami świata w piłce nożnej. Daniel i Miriam powierzają opiekę nad swoim synem Mótelowi, ojcu Daniela. Nikt nie spodziewał się tego, że w zanim malec trafi do dziadka, staruszek zdąży umrzeć. W ten sposób młodzieniec trafia pod dach Żyda Shloma.<span id="more-91"></span></p>
<p style="text-align: justify;">W ciągu niespełna dwóch godzin Hamburger ukazuje nam niezwykły obraz żydowskiego społeczeństwa, jednoczącego sportu, jakim jest piłka nożna oraz tęsknoty za rodzinnym domem. Trudno nie zauważyć, że to właśnie kultura żydowska i stosunek społeczności do intruza, jakim jest niewątpliwie Mauro (jak się wkrótce okazuje &#8211; jest on młodym gojem!), stały się tematem przewodnim filmu. Prawie tak samo ważne są rozterki Maura: z jednej strony stara się rozwijać swoje pragnienia i dążyć do spełnienia marzeń, ale gdy tylko pojawia się nadzieja na powrót do domu, jest w stanie rzucić wszystko i wyruszyć naprzeciw swoim rodzicom. Ujawnia się to w nietypowy sposób, gdy przychodzi dzień wielkiego meczu Brazylia &#8211; Włochy. Wtedy właśnie Mauro ukrywa swoją tęsknotę do Daniela i Miriam. Zamiast tego coraz bardziej oddaje się kibicowaniu graczom piłki nożnej. W pewnym momencie trudno jest określić, które emocje ostatecznie wzięły górę. Najmniej wyeksponowanym, ale wciąż istotnym elementem jest właśnie dyktatura panująca wtedy w Brazylii. Polityka, oddziały zbrojne, prześladowania &#8211; to wszystko nie ma znaczenia dla dojrzewającego dopiero do życia chłopca, choć właśnie przez te rzeczy historia nabiera niezwykłego sensu i interesującej wymowy. A co najważniejsze, jest otwarta do interpretacji.</p>
<p style="text-align: justify;">Obraz „Rok, w którym moi rodzice wyjechali na wakacje” nabiera nowego znaczenia, gdy wzbogacimy swoją świadomość informacją, że inspirowany był on zdarzeniami z dzieciństwa reżysera. Dlatego też przedstawiona wizja żydowskiego miasteczka jest bardzo ciepła i realistyczna. Nie zanudza nas Cao Hamburger wynurzeniami na temat rytuałów, zachowań i sensu religii (dla małego chłopca raczej jest to mało istotne). Dla niego najważniejsza jest solidarność społeczności judaistycznej i ciepło, jakim darzą innych. Do swojego obrazu wplótł kilka ciekawych utworów muzycznych; ścieżka dźwiękowa filmu pogłębia mój zachwyt nad produkcją i utwierdza mnie w przekonaniu, że jego spojrzenie na naród żydowski jest świeże i całkowicie subiektywne.</p>
<p style="text-align: justify;">Cao Hamburger w mistrzowski sposób przeplata kilka pozornie różnych od siebie wątków. Robi to tak, że odbiorca nie czuje się zagubiony i z minuty na minutę pragnie więcej. Nie zabrakło emocji targających opuszczonym dzieckiem, bezradności nad jego losem starszych, ale również beztroskiej zabawy w czasach, gdy nie można było sobie na nią pozwolić. Ostatecznie, „Rok, w którym moi rodzice wyjechali na wakacje” to kino wymagające uwagi, poruszające i pozostające w pamięci na długi czas.</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>ROK, W KTÓRYM MOI RODZICE WYJECHALI NA WAKACJE (2006)<br />
</strong>(O ANO EM QUE MAIS PAIS SAÍRAM DE FÉRIAS)</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>reżyseria:</strong> Cao Hamburger,  <strong>scenariusz:</strong> Bráulio Mantovani, Claudio Galperin, Anna Muylaert, Cao Hamburger, <strong>muzyka: </strong>Beto Villares, <strong>zdjęcia: </strong>Adriano Goldman</p>
<p style="text-align: justify;"><strong>w rolach głównych: </strong>Michel Joelsas (Mauro), Germano Haiut (Shlomo), Caio Blat (Ítalo), Daniela Piepszyk (Hanna)</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.lunatyk.net/2011/05/goj-wsrod-zydow/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Pieniądze, seks i nastolatki</title>
		<link>http://www.lunatyk.net/2011/04/pieniadze-seks-i-nastolatki/</link>
		<comments>http://www.lunatyk.net/2011/04/pieniadze-seks-i-nastolatki/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 22 Apr 2011 13:12:31 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Franciszek Drąg</dc:creator>
				<category><![CDATA[Kinematografia]]></category>
		<category><![CDATA[Recenzje]]></category>
		<category><![CDATA[Galerianki]]></category>
		<category><![CDATA[Mayfly]]></category>
		<category><![CDATA[nastolatki]]></category>
		<category><![CDATA[nowość]]></category>
		<category><![CDATA[recenzja]]></category>
		<category><![CDATA[seks]]></category>
		<category><![CDATA[społeczeństwo]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.lunatyk.net/?p=82</guid>
		<description><![CDATA[<p style="text-align: justify;">To będzie mocny film. Swoją premierę będzie  miał wkrótce, bo trzynastego maja (Cinema City i SKS). Dystrybucją w Polsce zajęło się Mayfly.  Produkcji nie można przegapić. Dlaczego? Wszystko wyjaśniam w swojej recenzji, którą już dzisiaj można przeczytać w dalszej części wpisu. Nakręcamy się i idziemy do kina, by przekonać się, czy miałem rację. Później wywołujemy burzliwą dyskusję.</p> <a href="http://www.lunatyk.net/2011/04/pieniadze-seks-i-nastolatki/">Continue reading <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">David Ross nakręcił film, który traktuje o dość powszechnym problemie, jakim z pewnością jest oddawanie się za pieniądze przez młode dziewczyny. Niestety, w swojej produkcji trochę się zapomniał i przedstawił problem nazbyt poważnie &#8211; prawie przekroczył granicę dzielącą czarną komedię od exploitation movie. Na szczęście &#8222;Bejbis&#8221; to historia poruszająca nie tylko problemy czysto społeczne, ale również badająca otchłanie ludzkiej osobowości. Czasem trochę na wyrost, ale zaskakująco odważnie, bo niezależnie od zasad panujących w Hollywood.<span id="more-82"></span></p>
<p style="text-align: justify;">Shirley to uczennica szkoły średniej, która zajmuje się opieką nad dziećmi. Kiedy nawiązuje romans ze swoim pracodawcą, Michealem Beltranem, ten daje jej sowity napiwek w postaci dwustu dolarów. Dziewczyna odkrywa, że seks z żonatymi mężczyznami może być źródłem jej dochodów, a pieniądze są jej potrzebne do opłacenia studiów. Powoli dochodzi do zawiązania spółki, która trudzi się obsługą podstarzałych ojców szukających rozrywki u młodszych dziewcząt.</p>
<p style="text-align: justify;">Najbardziej nieprawdopodobnym elementem w filmie Davida Rossa, który rzuca się w oczy, jest żałosna i naciągana przemiana głównej bohaterki. Shirley, przykładna nastolatka pełna ambicji i zapału, zmienia się w bezwzględną szefową pobierającą dwadzieścia procent od zarobków każdej ze swoich dziewczyn. Ten motyw jest tak nieprawdopodobny, że aż śmieszny; staje się przyczyną niezamierzonego komizmu. A może mimo wszystko jest to zabieg celowy? W końcu reżyser nieustannie bawi się na ekranie uczuciami. Michael Beltran zakochał się w opiekunce swojego dziecka, a ta postanowiła zrobić z tego biznes. Odrzucała zaloty swojego rówieśnika. Ross przedstawił ogromną chciwość, psychikę mężczyzn przechodzących tak zwany kryzys wieku średniego, granicę, do jakiej potrafi posunąć się człowiek by zaspokoić swoje wyuzdane żądze czy fakt, jak łatwo można stracić kontrolę nad czymś, nad czym nie da się do końca zapanować. Nie zabraknie też niespodziewanej miłości i postępującego upadku moralnego, którego następstwem będzie niezwykle zaskakujące zakończenie.</p>
<p style="text-align: justify;">W „Bejbis&#8221; trzeba od początku do końca doszukiwać się jakichś wartości. W niezbyt przyzwoitym i nierzadko nużącym papierku znajduje się cukierek, w którym tkwi cała głębia obrazu. Trzeba potrafić odnaleźć dobrze zakamuflowane perełki, które pomogą odkryć widzowi przesłanie zakryte powierzchownością fabuły i bohaterów. Tylko dla tych smaczków opłaca się obejrzeć film. Natomiast nie warto oglądać go dla aktorów &#8211; oprócz ciekawie zagranej przez Lauren Birkell postaci albo słabo zarysowanej bohaterki wykreowanej przez Cynthię Nixon, nie można się niczym zachwycać.</p>
<p style="text-align: justify;">Co prawda, jest to film o tematyce  podobnej do polskich „Galerianek&#8221; jednak na tym kończą się wszelkie podobieństwa, gdyż „Bejbis&#8221; to jednak produkcja całkiem innego pokroju. Wulgarność, nagość i motyw narkotyków zostały użyte tutaj w całkowicie innym celu. Tak jak nasz rodzimy obraz był dość innowacyjny i poruszający, tak amerykański odpowiednik chwyta się rozwiązań lekko sztampowych. Jednak jest w tym jakaś metoda i dlatego uważam, że warto zobaczyć film Rossa, nawet jeśli jest bardzo przeciętny.</p>
<p style="text-align: justify;">Tylko trzeba mieć na uwadze, że w błąd wprowadzić nas może reklamowanie tej produkcji jako stuprocentowego dramatu. A gdyby tak spojrzeć nań jak na czarną komedię&#8230;?</p>
<p><strong>BEJBIS (2007)<br />
</strong>(THE BABYSITTERS)</p>
<p><strong>reżyseria:</strong> David Ross,  <strong>scenariusz: </strong>David Ross, <strong>muzyka: </strong>Chad Fischer, <strong>zdjęcia: </strong>Michael McDonough</p>
<p><strong>w rolach głównych: </strong>Katherine Waterstone (Shirley), John Leguizamo (Michael), Louisa Krause (Brenda), Cynthia Nixon (Gail)</p>
<p style="text-align: justify;"><em><strong>FILM ZOSTAŁ ZRECENZOWANY DZIĘKI UPRZEJMOŚCI DYSTRYBUTORA <span style="text-decoration: underline;">MAYFLY</span></strong></em></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.lunatyk.net/2011/04/pieniadze-seks-i-nastolatki/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Jem kamienie</title>
		<link>http://www.lunatyk.net/2011/04/jem-kamienie/</link>
		<comments>http://www.lunatyk.net/2011/04/jem-kamienie/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 08 Apr 2011 13:47:43 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Franciszek Drąg</dc:creator>
				<category><![CDATA[Muzyka]]></category>
		<category><![CDATA[avant-garde]]></category>
		<category><![CDATA[muzyka]]></category>
		<category><![CDATA[muzyka eksperymentalna]]></category>
		<category><![CDATA[muzyka elektroniczna]]></category>
		<category><![CDATA[NIWEA]]></category>
		<category><![CDATA[premiera]]></category>
		<category><![CDATA[Qulturap]]></category>
		<category><![CDATA[rap]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.lunatyk.net/?p=24</guid>
		<description><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Jeśli nie przeraża cię połączenie muzyki eksperymentalnej i elektronicznej z rapem, jeśli uwielbiasz niezależnych artystów, jeśli nie są ci straszni polscy artyści, jeśli uważasz się za miłośnika awangardy i konesera alternatywy, powinieneś znać lub dopiero poznać niezwykle interesujący zespół NIWEA. Tak, do ciebie mówię miły, młody człowieku.</p>  <a href="http://www.lunatyk.net/2011/04/jem-kamienie/">Continue reading <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Jeśli nie przeraża cię połączenie muzyki eksperymentalnej i elektronicznej z rapem, jeśli uwielbiasz niezależnych artystów, jeśli nie są ci straszni polscy artyści, jeśli uważasz się za miłośnika awangardy i konesera alternatywy, powinieneś znać lub dopiero poznać niezwykle interesujący zespół NIWEA. Tak, do ciebie mówię miły, młody człowieku.<span id="more-24"></span></p>
<p style="text-align: justify;">NIWEA to polski duet muzyczny utworzony przez Wojciecha Bąkowskiego (odpowiedzialnego za muzykę, słowa i wokal) oraz Dawida Szczęsnego (na którego barkach spoczywa troska o muzykę i produkcję). Ich debiutancki album &#8222;01&#8243; ukazał się 1 marca 2010 roku nakładem wytwórni Qulturap. Zespół ten ma na swoim koncie nominację do nagrody Superjedynki za najlepszy debiut.</p>
<p style="text-align: justify;">Jak to artyści, nie poprzestają na jednej płycie. Już 18 kwietnia 2011 roku, na półki polskich sklepów trafi kolejny album zatytułowany niezwykle twórczo: &#8222;02&#8243;. Muzyki z krążka będzie można posłuchać w dzień premiery na <a title="Oficjalna Strona Zespołu NIWEA" href="http://niwea.org/" target="_blank">oficjalnej stronie internetowej zespołu</a>, ale można spróbować już trochę wcześniej.</p>
<p style="text-align: justify;">Jeśli czujesz się zainteresowany twórczością dwójki niezależnych artystów, możesz czym prędzej zaopatrzyć się w EPkę, na której znajdziesz cztery utwory (promujący płytę &#8222;Tańcz&#8221; oraz &#8222;Miasto średnie&#8221;, &#8222;Jem kamienie&#8221; czy &#8222;Zły człowiek&#8221;) oraz trzy teledyski. Ten minialbum odnajdziesz w kioskach wraz z miesięcznikiem &#8222;Machina&#8221;. Nie jesteś do końca przekonany czy warto inwestować w ten zakup pieniądze? Zawsze możesz posłuchać utworów z dotychczasowego dorobku zespołu na wyżej podanej stronie internetowej.</p>
<p style="text-align: justify;">Ja już mam i nie mogę się doczekać więcej.</p>
<p style="text-align: justify;">Do ciebie mówię &#8211; miły, młody człowieku!</p>
<p>&lt;p style=&#8221;text-align: justify;&#8221;&gt;Jeśli nie przeraża cię połączenie muzyki eksperymentalnej i elektronicznej z rapem, jeśli uwielbiasz niezależnych artystów, jeśli nie są ci straszni polscy artyści, jeśli uważasz się za miłośnika awangardy i konesera alternatywy, powinieneś znać lub dopiero poznać niezwykle interesujący zespół NIWEA. Tak, do ciebie mówię miły, młody człowieku.&lt;/p&gt;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.lunatyk.net/2011/04/jem-kamienie/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>4</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>O zmianie pogody</title>
		<link>http://www.lunatyk.net/2011/04/o-zmianie-pogody/</link>
		<comments>http://www.lunatyk.net/2011/04/o-zmianie-pogody/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 04 Apr 2011 16:33:18 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Franciszek Drąg</dc:creator>
				<category><![CDATA[Feuilleton]]></category>
		<category><![CDATA[koty]]></category>
		<category><![CDATA[pogoda]]></category>
		<category><![CDATA[pogodynki]]></category>
		<category><![CDATA[prognoza]]></category>
		<category><![CDATA[wiosna]]></category>
		<category><![CDATA[zmiany]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.lunatyk.net/?p=19</guid>
		<description><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Powiem wam, że z tą pogodą to nigdy nie wiadomo o co chodzi. W przedszkolu uczyli, że pani Pogoda jest taka uprzejma i miła, ale strasznie zmienna. Nikt nie potrafi przewidzieć, co zrobi. A ja wiem, kto może. Wy pewnie jeszcze nie wiecie, ale jak kogoś to interesuje, to zapraszam. Bo jest takie coś, co pomoże nam wszystkim zrozumieć jej zmienność.</p> <a href="http://www.lunatyk.net/2011/04/o-zmianie-pogody/">Continue reading <span class="meta-nav">&#8594;</span></a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: justify;">Powiem wam, że z tą pogodą to nigdy nie wiadomo o co chodzi. W przedszkolu uczyli, że pani Pogoda jest taka uprzejma i miła, ale strasznie zmienna. Nikt nie potrafi przewidzieć, co zrobi. A ja wiem, kto może. Wy pewnie jeszcze nie wiecie, ale jak kogoś to interesuje, to zapraszam. Bo jest takie coś, co pomoże nam wszystkim zrozumieć jej zmienność.<span id="more-19"></span></p>
<p style="text-align: justify;">O tym, że zbliża się zmiana pogody informuje nas kilka różnych elementów. Postaram się wyróżnić najważniejsze z nich.</p>
<p style="text-align: justify;">Nie będzie niespodzianką, jeśli napiszę o prognozie i pięknych (lub też nie) pogodynkach, które jeżdżą palcem po mapie, jakby co najmniej doktorat z tego zrobiły. Ich profesjonalizm wbija w fotel i uniemożliwia konsumowania kolacji. Zwłaszcza, gdy ubiorą się jak na jakąś rewię, albo pokaz mody &#8211; co najmniej. No nic. Ponoć się sprawdzają te ich przewidywania. Ale ja bym takim czartom nie ufał. Bo nigdy nie wiadomo kto chce przeciw nam spiskować. A zawsze ktoś taki jest. Naprawdę. Spytajcie się kogoś mądrzejszego jak mi nie wierzycie. Cały czas ktoś spiskuje. Tak więc ja bym tym całym pogodynkom nie ufał, tylko&#8230; ekhem&#8230; no właśnie. Powiedzmy, że pogodynom. Bo taki krecik, co z norki się ledwo wydrapał, to i dowcipem sypnie, i coś ciekawego powie. Co z tego, że nie na temat pogody? Po co słuchać, jak znamy lepsze sposoby na przewidywanie takich błahych elementów?</p>
<p style="text-align: justify;">W tym miejscu dobrze się rozejrzeć za jakimś staruszkiem. Czasem nawet nie musi być to osoba w podeszłym wieku, bo postępująca cywilizacja sprawia, że jak starzy ludzie czują się już dwudziestolatki. Naprawdę, przerażająca perspektywa. Zwłaszcza, że sposobem, który teraz opisuję jest łupienie w kościach, złe samopoczucie, chandra, zły humor. Tak więc, jak potrzebuję natychmiastowej prognozy pogody, idę do babci (bo dzwonić nie wypada) i zadaję pytanie: Będzie zmiana pogody? Na co babcia pogodnie odpowiada, że nie wie. A to znaczy, że nie. Bo dopiero jak odpowie, że strasznie ją wszystko boli, to już wiadomo: oho, szykuj się człowieku, bo będzie źle. Albo dobrze. Zależy od aktualnej aury. Ale raczej gorzej. No bo babcia tak bez powodu nie narzekałaby chyba, nie?</p>
<p style="text-align: justify;">Mówią, że jaki pies taki pan. Albo na odwrót. Nieważne. Ja nie do końca ufam temu stwierdzeniu. Miałem psa, co kiedyś zginął pod kołami samochodu, no ale co? Był MOIM psem, a różnił się ode mnie jak różni się iskra ognia i kropla wody. Dlatego to kłamstwo i radzę wam temu zakłamanemu powiedzeniu nie ufać, bo źle na tym skończycie. Jak mój pies. Bo gdyby był do mnie podobny, nie wbiegłby na ulicę bez mojej zgody. Koty to inna sprawa. Mój kotołaz (bo dzięki Bogu, co powtarzam do upadłego, nie jest kotem w stanie czystym) jest moim zwierzęcym odzwierciedleniem. Anarchista, pępek świata i również, jak ja, odczuwa bliską zmianę pogody. Oboje w tym samym czasie dostajemy głupawek, ADHD, zachciewa nam się szaleństw i rozpiera nas energia. Nie skupiam się na pisanym właśnie sprawdzianie, a wdaję się w inteligentne rozmowy na temat fitnessu z panią profesor, biegam wszędzie tylko nie tam, gdzie piłka leci, a piszę te słowa tak, jakbym miał w zamiarze zmiażdżyć i pognębić klawiaturę. Kot natomiast biega w kółko dookoła pokoju, podstępnie zakrada się do toalety i zamiast sikać do swojej kuwety, załatwia swoje potrzeby fizjologiczne w umywalce. Albo w wannie. Zależy co wolne. A później biegnie z ogonem w górze i prowokuje zabawę, złap mnie kotku. A ja biegnę z nim. Bo wiem, że gdybym był kotem zrobiłbym to samo.</p>
<p style="text-align: justify;">Tak więc nie ufajcie obłudnikom, co za szklanym ekranem mówią wam o szklanej pogodzie. Bo coś takiego nie istnieje. Tak samo jak pogoda pod psem. Jest tylko bolesna zmiana i kocia wariacja. Zamówień na pogodę nie przyjmujemy. Bo to nie nasz koci interes. A jak ktoś jest bardzo uparty, to niech wie, że globalne ocieplenie na świecie ma miejsce. Choć mój kot się z tym nie zgadza. Ale ponoć naukowcy mądrzejsi. Nie będę się spierał, choć ja tam swoje wiem.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.lunatyk.net/2011/04/o-zmianie-pogody/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>5</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

